Katechezy
    • W Starym Testamencie Bóg obiecał posłać Zbawiciela (Mesjasza) swojemu ludowi. Miał On ocalić lud Boży od kary za grzechy. Ludzie żyjący w okresie Starego Testamentu wiedzieli o obietnicy posłania Zbawiciela i oczekiwali Jego przyjścia.
      W Nowym Testamencie obietnica Boża została spełniona! Zbawiciel przyszedł na świat w Betlejem (w tym miejscu czytamy Mi 5,1) – czyli w miejscu wyznaczonym przez Boga! Jezus Chrystus stał się człowiekiem i umarł za nasze grzechy. Słowo Boże jest zawsze prawdziwe. Bóg jest wierny. Możesz Mu zaufać!
      Bóg znał ciebie, zanim przyszedłeś na świat. Przemówił do proroka Jeremiasza (Jr 1,5): „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię”. Podobnie jak Jeremiasza, Bóg znał również ciebie, zanim się urodziłeś.
      Bóg cię stworzył. W Psalmie 139 (wersety 13 i 14) czytamy: „Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła”. Bóg jest twoim Stworzycielem – on uczynił cię wyjątkową osobą.
      Bóg wie o tobie wszystko również dzisiaj. On wie, kim jesteś. Pan przemówił ustami Dawida (w tym miejscu czytamy Psalm 139, wersety 1-3): „Panie, przenikasz i znasz mnie, Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły, widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie drogi moje są Ci znane”. Bóg zna ciebie i wie, co myślisz, zna nawet słowa, które za chwilę wypowiesz.
      Bóg pragnie, abyś Mu w pełni zaufał. Ten, który cię stworzył i wie o tobie wszystko, chce, abyś należał do Jego rodziny. Oczywiście, każdy ma swoją ziemską rodzinę. Niektóre rodziny są liczne, inne nie, lecz wszyscy mamy ludzi, którzy nas kochają i troszczą się o nas. Dobrze wiesz, co to znaczy należeć do rodziny. Bóg pragnie, abyś żył i dorastał jako Jego dziecko.

      W jaki sposób możesz to uczynić? Oto kilka kroków, które musisz wykonać, by zostać Jego dzieckiem. Przyjrzyj się im.

      KROK PIERWSZY: BÓG CIĘ KOCHA.
      W Biblii (1 J 4,8) czytamy, że „Bóg jest miłością”. Bóg bardzo cię kocha. Umiłował cię tak bardzo, że cię stworzył i utrzymuje przy życiu każdego dnia.

      KROK DRUGI: JESTEŚ GRZESZNYM CZŁOWIEKIEM.
      Biblia mówi, że grzeszysz, tak samo jak wszyscy ludzie. W Liście do Rzymian 3,23 czytamy: „wszyscy bowiem zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej”.
      Źle postępowałeś. Wszyscy źle postępowaliśmy. Niektórzy z nas kłamali. Niektórzy nie okazywali szacunku rodzicom. Biblia każdy zły uczynek nazywa grzechem.
      Grzech przeszkadza nam przyjaźnić się z Bogiem. Czytając księgi Starego Testamentu, można zauważyć, że grzech prowadzi zawsze do kłopotów. Ponieważ jesteś grzesznikiem, grzech powodował wiele problemów w twoim życiu. W Liście do Rzymian 6,23 czytamy, jak wielkie problemy nastręcza: „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym”.
      Bóg nie chce, aby ludzie rujnowali sobie życie z powodu grzechu. Dlatego jest bardzo smutny, kiedy popełniasz zło i niszczysz własne szczęście oraz szczęście innych ludzi. Ludzie, którzy grzeszą, nie będą mogli przebywać z Bogiem w niebie. Może myślisz, że twoje grzechy nie są poważne. Może uważasz, że złe postępowanie nie jest naganne tak długo, jak długo nie zostaniesz przyłapany. Jednak Bóg wie o wszystkich złych rzeczach, które czynisz. Wie nawet, gdy myślisz o zrobieniu czegoś złego. Każdy czyni złe rzeczy, nawet porządni ludzie, którzy wyglądają tak, jakby zawsze dobrze postępowali. Nikt z nas nie jest wystarczająco dobry, by dostać się do nieba bez specjalnej pomocy ze strony Boga.

      KROK TRZECI: JEZUS PONIÓSŁ KARĘ ZA GRZECHY.
      Na początku Biblii znajduje się opowiadanie o Adamie i Ewie, pierwszych ludziach. Biblia opisuje, jak Adam i Ewa żyli szczęśliwie z Bogiem, dopóki nie okazali Mu nieposłuszeństwa. Popełnili pierwszy grzech. Jednym z jego rezultatów było to, że Adam i Ewa umarli. Wszyscy grzeszymy i pewnego dnia każdy z nas umrze.
      W Liście do Rzymian 6,23 czytamy: „Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym”. Zapłatą za grzech jest śmierć – taka jest kara za to, że jesteśmy grzesznikami. Popełniamy występki i ktoś musi za nie ponieść karę! Jednak Bóg kocha nas tak bardzo, że sam poniósł karę za nasze grzechy! Odkupił nas, płacąc wysoką cenę! Jak tego dokonał?
      Bóg posłał swojego Syna, by umarł za nas na krzyżu. W 1 Kor 15,3 czytamy: „Chrystus umarł – zgodnie z Pismem – za nasze grzechy”. Ponieważ Jezus – jako Bóg i człowiek – nie popełnił żadnego grzechu, mógł stać się ofiarą za nas. To On poniósł karę za nasze grzechy. Biblia mówi (1 J 4,14): „Ojciec zesłał Syna jako zbawiciela świata”.
      Wyobraź sobie, że Bóg kocha cię tak bardzo i tak dobrze cię zna, iż posłał swojego Syna, by umarł za ciebie! Jakie uczucia to w tobie wywołuje? Czy jesteś smutny z powodu swoich grzechów? Czy jesteś szczęśliwy z powodu Dobrej Nowiny o Jezusie Chrystusie?

      KROK CZWARTY: POPROŚ BOGA O PRZEBACZENIE.
      Czy żałujesz za swoje grzechy? Czy rozumiesz, że Bóg poświęcił swojego jedynego syna, aby własnym życiem zapłacił za twoje grzechy?
      Czy ufasz, że bóg przyjął karę zamiast ciebie?
      Jeśli tak, powiedz Bogu, że wierzysz, iż posłał swojego Syna, Jezusa Chrystusa, aby wziął na siebie twoje winy. Powiedz również Bogu, że wiesz, iż jesteś grzesznikiem. Wyznaj Mu, że jest wielkim i wspaniałym Bogiem. Rozmowa z Bogiem nie jest trudna. Zwróć się do Niego w swoim sercu, a On zawsze z miłością cię wysłucha. Bóg pragnie, byś był blisko Niego.
      Jeśli zaufałeś Dobrej Nowinie, jesteś dzieckiem Bożym! Bóg przebaczył ci wszystkie grzechy.
      Czy wiesz, co się dzieje, gdy Bóg ci przebacza? Bóg sprawia, że wszystko między TOBĄ a NIM jest w należytym porządku. On przebaczył ci i traktuje cię tak, jakbyś nigdy nie popełnił żadnego grzechu! Pomyśl o tym, ile Bóg dla ciebie uczynił!

      KROK PIĄTY: JESTEŚ DZIECKIEM BOŻYM.
      Jesteś teraz dzieckiem Bożym. Należysz do Jego rodziny. W J 1,12 czytamy: „Wszystkim tym jednak, którzy Je (Słowo – czyli Jezusa Chrystusa) przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego”. Jako dziecko Boże otrzymałeś dar życia wiecznego. Oznacza to, że Bóg jest z tobą i pozostanie przy tobie na wieki.
      Być może twój dziadek (tata) albo babcia (mama) umarli, może straciłeś kolegę (koleżankę), który zmarł w twoim wieku. Pewnego dnia i ty umrzesz.
      Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, co się stanie, kiedy umrzesz? Jeśli umrzesz jako dziecko Boże, pójdziesz do nieba i otrzymasz nowe ciało, o wiele lepsze od dawnego. Jezus przygotował już nawet specjalne miejsce, w którym będziesz przebywał. Nigdy nie będziesz musiał martwić się tym, co się stanie, gdy umrzesz, ponieważ jesteś dzieckiem Bożym. Czy nie jest to DOBRA NOWINA? W Biblii (J 3,16) czytamy: „ Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”.

      KROK SZÓSTY: POSTĘPUJ JAK DZIECKO BOŻE.
      Teraz, gdy jesteś już członkiem Bożej rodziny, bóg pragnie, abyś postępował jak jego dziecko. Ponieważ jesteś Jego dzieckiem, On chce, abyś stosownie do tego postępował:
      §  Rozmawiaj z Bogiem
      Ponieważ Bóg jest twoim Ojcem, pragnie, abyś z Nim rozmawiał. Taka rozmowa nazywana jest modlitwą. Możesz podziękować Mu za Jego miłość. Możesz Go również prosić, by pomógł ci postępować jak Jego dziecko. Biblia mówi (Psalm 143,10): „Naucz mnie czynić Twoją wolę, bo Ty jesteś moim Bogiem”.
      Możesz rozmawiać z Bogiem także wtedy, gdy popełnisz grzech. Nadal będziesz miał pokusy do czynienia złych rzeczy. Jednak nawet gdy zgrzeszysz, możesz prosić Boga, by ci przebaczył, a On to uczyni. Biblia mówi (1 J 1,9): „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, Bóg jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości”. Bóg przebaczy ci i pomoże czynić to, co sam nakazuje.
      §  Czytaj Słowo Boże
      Bóg dał ludziom swoje Słowo, aby każdy mógł dowiedzieć się o Nim i o Jego wielkiej miłości. Możesz poznać, co mówi Bóg, czytając o Nim w Biblii. Biblia mówi (Psalm 119,11): „W sercu swym przechowuję Twą mowę, by nie grzeszyć przeciw Tobie”. Czytaj Słowo Boże, aby pozostawać blisko Niego. Przypomina to czytanie listu od osoby, którą naprawdę kochasz. Czytasz jej list wiele razy. Podobnie czyńmy z Biblią.
      §  Bądź posłuszny Bogu
      Bóg, twój Ojciec, pragnie, abyś okazywał Mu posłuszeństwo. W swoim Słowie mówi, co powinieneś czynić tak, by postępować jak Jego dziecko.
      1.     Słuchaj rodziców, przełożonych i starszych.
      2.     Bądź uprzejmy wobec innych.
      3.     Pomagaj bliźnim.
      4.     Czytaj Słowo Boże.
      5.     Módl się do Boga.
      6.     Mów innym o Jezusie.
      §  Opowiadaj swoim przyjaciołom o Jezusie

      W Dziejach Apostolskich 1,8 czytamy, że przed wstąpieniem do nieba Jezus powiedział do swych uczniów: „Będziecie moimi świadkami”. Chociaż Jezus wypowiedział te słowa do Apostołów, są one skierowane także do ciebie. Jesteś bowiem świadkiem Jezusa, gdy opowiadasz o Nim innym ludziom.
      Ponieważ jesteś dzieckiem Bożym, będziesz chciał mówić innym, co Jezus dla ciebie uczynił. Porozmawiaj o Jezusie z jednym lub dwoma przyjaciółmi. Wybierz odpowiedni czas, gdy nikt nie będzie wam przeszkadzał. Powiedz im o tym, co uczyniłeś. Opowiedz swoim kolegom o Bożej miłości. Jeśli będziesz tak postępował, rodzina dzieci Bożych będzie stawała się coraz liczniejsza!

      LIST DO BOGA

      Data: .......

      Drogi Boże,
      Wierzę, że bardzo mnie kochasz.
      Wierzę, że Jezus Chrystus umarł za mnie.
      Wiem, że zgrzeszyłem i żałuję tego.
      Wierzę, że Jezus jest moim Zbawicielem.
      Dziękuję, że przebaczyłeś mi moje przewinienia.
      Dziękuję, że przyjąłeś mnie do rodziny dzieci Bożych.

      Kocham Cię
      __________________________________
      Jeśli powierzyłeś swoje życie Bogu, wpisz tutaj swoje imię.

       

    •  W dniach od 4 do 9 maja dzieci pierwszokomunijne przeżywały biały tydzień. O godzinie 17:40 uczestniczyły w nabożeństwie majowym i Mszy Świętej.
      Czas Białego Tygodnia jest wyrazem troski duszpasterskiej Kościoła o dzieci pierwszokomunijne, by nauczyć je właściwego przeżywania Eucharystii i dziękczynienia za otrzymany dar godności dziecka Bożego. To czas pogłębionej refleksji nad sakramentem Eucharystii, ożywienia przeżyć religijnych, umocnienia wiary oraz budzenia poczucia odpowiedzialności nie tylko za wspólnotę parafialną, ale także za cały Kościół. Dla rodzin dzieci pierwszokomunijnych jest to czas duchowej odnowy oraz pogłębienia wiary, kiedy mogą wyrazić swoją wdzięczność i radość płynącą ze spotkania z Jezusem Chrystusem przy eucharystycznym stole.
      Wszystko to może się dokonać przez właściwe przeżycie liturgii białego tygodnia. Wielka odpowiedzialność spoczywa na tych, którzy podjęli się trudu przygotowania dzieci i ich rodzin do Pierwszej Komunii Świętej. To kapłani budzą w sercach ludzkich pragnienie doświadczenia miłości Boga i chęć pełnego zjednoczenia z Nim w sakramencie Eucharystii. Wskazują drogę, z cierpliwością i troską duszpasterską towarzyszą tym, którzy pragną czerpać łaski ze Stołu Pańskiego. Uczą rodziny, jak w tym okresie wspólnie świętować, modlić się, pogłębiać więź z Bogiem, Kościołem i parafią. Inspirują rodziny do refleksji nad tradycjami, religią, wartościami duchowymi, które stanowią fundament życia chrześcijańskiego i godności człowieka, a najtrwalej mogą być przekazywane młodemu pokoleniu przez rodziców i ich świadectwo życia.
      Kazania wygłaszane w białym tygodniu pozwolą rozwijać w dzieciach pierwszokomunijnych poczucie świadomego uczestnictwa w powszechnym kapłaństwie Chrystusa. Przejawia się ono w:
      - odpowiedzialności za działalność misyjną Kościoła i trosce o los dzieci z krajów misyjnych,
      - wdzięczności tym, którzy nas wychowują, kształcą, opiekują się nami, kapłanom – za posługę, Panu Jezusowi – za dar przebaczenia grzechów, którego doświadczamy w sakramencie pokuty i pojednania,
      - uświadomieniu potrzeby modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne,
      - zawierzeniu siebie i swoich rodzin opiece Matki Jezusa – Maryi,
      - świadectwie bycia chrześcijaninem przez świętowanie niedzieli w zjednoczeniu z Jezusem Eucharystycznym.

      Wspólne uczestnictwo w tradycji białego tygodnia pozwala odkryć piękno Eucharystii i wartość świętowania we wspólnocie oraz doświadczyć głębszego zjednoczenia z Chrystusem, który jest źródłem wiary, nadziei i miłości. Przewodnikami na tej drodze są kapłani, którzy stają na czele wspólnoty i prowadzą ją z pasterskim zapałem do spotkania z Chrystusem obecnym w postaci eucharystycznego chleba.

      Ks. Damian Kurek

    • Kochane Dzieci, Drodzy Rodzice, Chrzestni, zaproszeni Goście!
      Dzień Pierwszej Komunii Świętej – to pierwsze spotkanie z Jezusem Eucharystycznym. Dla dziecka jest to wydarzenie niezwykłe, pozostawiające w pamięci niezatarty ślad. To czas wielkiej radości i wielkiej łaski, którą pragnie podzielić się z najbliższymi.

      Kochane Dzieci, „czekamy dziś na Niewidzialnego Gościa, który ma przyjść do duszy każdego dziecka.
      Czekamy na samego Pana Jezusa ukrytego w Komunii Świętej, schowanego tak dokładnie, że widać tylko biały kawałek chleba.
      Ten Niewidzialny Gość jest najważniejszy, chociaż tylu innych gości przyszło i przyjechało do każdego z Was.
      Do pewnego chłopca przyjechało dziewięć ciotek i trzech wujków.
      Do którejś dziewczynki – komplet babć i dziadków.
      Do jednego chłopca przyleciał stryjek z Holandii i przyszedł do kościoła wprost z lotniska. Jeszcze nie rozpakował swojej brązowej torby i trzyma ją, jak zająca, za uszy.
      Chociaż tylu gości przyszło i przyjechało, najbardziej czekamy na samego Pana Jezusa.
      Byle tylko wszedł do naszego serca i pozostał w nim jak najdłużej.
      Jak długo Niewidzialny Gość jest w naszym sercu?
      Tak długo – dopóki nie zgrzeszymy.
      Tak długo – dopóki się modlimy.
      Tak długo – dopóki kochamy.
      Tak długo – dopóki pamiętamy, że każdego dnia należy uczynić coś dobrego.
      Niewidzialny Gość całe życie człowieka może przemienić na lepsze” (ksiądz Jan Twardowski, „Dziecięcym piórem”).
      Ten najważniejszy ze wszystkich gości – to Pan Jezus.
      To On ustanowił w Wieczerniku Najświętszy Sakrament. Wypowiedział wtedy bardzo ważne słowa, które ksiądz powtarza w każdej Mszy Świętej. To słowa, dzięki którym chleb i wino zmieniają się w Jego Ciało i Krew.
      Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus wziął w swoje święte ręce chleb, pobłogosławił go, połamał i dawał uczniom, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Potem wziął kielich z winem, podobnie pobłogosławił go i dawał uczniom, mówiąc: „Pijcie z niego wszyscy, to jest Krew moja”. W tym wyjątkowym spotkaniu z Jezusem uczestniczyło tylko dwunastu Apostołów.
      A dziś w naszym parafialnym wieczerniku jest nas o wiele więcej. I każdy z rodziców, rodzeństwa, zaproszonych gości chciałby coś dziecku powiedzieć. Ja też mam Wam dużo do powiedzenia, ale…
      „W dniu Pierwszej Komunii Świętej chciałbym wszystkim dzieciom powiedzieć tak:
      Nie będę zachwycał się żadnym z wianków, nawet takim, który wczoraj leżał w lodówce, żeby dzisiaj świeżo wyglądać.
      Nie będę opowiadał ani na cały głos, ani po cichu, która z dziewczynek najładniej wygląda.
      Nie będę chwalił chłopaka-łobuziaka, który kiedyś dokazywał, a dzisiaj wzruszony modli się jak anioł…
      Nie będę liczył, ilu jest w kościele tatusiów, mamuś, babć, ciotek, stryjenek.
      Nie zapytam, ilu gości, do kogo przyjechało.
      Nie będę się cieszył tym, że ktoś może nawet przyleciał tu samolotem.
      Nie będę się domyślał, jakie dostaniecie prezenty.
      Nie będę nawet wiedział, jak Was przyjmą po powrocie do domu” (ksiądz Jan Twardowski).

      Jednak będę widział Wasze dziecięce serca w bieli i radosne twarze. Zobaczę także, jak biały orszak dzieci przyjmuje po raz pierwszy Pana Jezusa i otwiera szeroko usta, jakby się chciało odetchnąć jak najczystszym powietrzem.
      Kochane Dzieci, to chciałem Wam powiedzieć teraz, a co będzie potem?
      „Wrócicie do domu i wszystko będzie niby to samo. Usiądziecie przy tym samym stole…
      W domu będzie ten sam tatuś, ta sama mamusia. Wyjmiecie ten sam zeszyt do polskiego, matematyki…
      Niby to samo, ale inaczej.
      Kiedy do czyjejś duszy wejdzie niewidzialny Pan Jezus, to gdy ktoś zgrzeszy – zaraz żałuje.
      Jak obrazi mamusię, przeprasza.
      Jak przestaje kochać – to martwi się.
      Bo człowiek po to się urodził, żeby kochać.
      Mamy wiele dni w życiu, ale jest tylko jeden dzień Pierwszej Komunii Świętej. Drugiego takiego dnia już nie będzie.
      Pierwsze spotkanie z Jezusem jest po to, by uczyć się od Niego tego, co najważniejsze na całe życie” (ksiądz Jan Twardowski).

      Ks. Damian Kurek

    • Bezpośrednie przygotowanie do Pierwszej Komunii Świętej obejmuje:
      1) wieczorną rozmowę z dzieckiem – mama może pomóc dziecku zapisać w specjalnie przygotowanym zeszyciku (tak zwanym duchowym zeszyciku do notowania dat spowiedzi, zadanej pokuty i podjętego postanowienia poprawy) postanowienie poprawy oraz intencje, które chce w dniu Pierwszej Komunii Świętej przedstawić Jezusowi,
      2) opowiedzenie dziecku zdarzenia z życia świętego lub przeczytanie czegoś z Pisma Świętego,
      3) czuwanie, aby dziecko mogło być w tym dniu poprzedzającym spotkanie z Jezusem skupione i radośnie oczekiwało Pierwszej Komunii Świętej,
      4) odmówienie z dzieckiem wieczornego pacierza,
      5) przyjście do łóżka i zrobienie na czole znaku krzyża przed snem oraz wyrażenie radości z tych wielkich przeżyć, przytulenie go na dobranoc (dziecko odczuwa wtedy cały czas atmosferę miłości),
      6) obudzenie rano dziecka, przypominając i wyrażając mu radość, że Pan Jezus już niedługo będzie w jego sercu – ubierając je warto wytłumaczyć, że biała szata mówi o czystym, niewinnym sercu,
      7) poranną modlitwę,
      8) pójście wszyscy razem do kościoła – wielkie znaczenie ma fakt, że wszyscy kochający dziecko są razem przy nim w tym wielkim dniu – powinno ono wiedzieć, że wszyscy będą w tym dniu przystępować do Komunii Świętej (jeżeli nie ma nieusuwalnej w obecnym czasie przeszkody).

      Pierwsza Komunia Święta nie jest zakończeniem prowadzenia do Boga, ale początkową fazą tej niezwykłej możliwości łączenia dziecka z Bogiem i Jego MIŁOŚCIĄ. Dziecko stale będzie potrzebowało z naszej strony umocnienia w wierze przez przykład naszego przystępowania do Komunii Świętej i Spowiedzi Świętej, przykład uczestniczenia we Mszy Świętej.

    • Bezpośrednie przygotowanie do Pierwszej Spowiedzi Świętej może wyglądać następująco.

      W celu zrobienia rachunku sumienia rodzic w domu klęka z dzieckiem przed krzyżem i razem proszą Ducha Świętego o światło, a następnie robią rachunek sumienia, na przykład według pytań z książeczki czy kolejno przechodząc przykazania. Tu trzeba, aby dziecko odpowiedziało sobie na pytanie, jakie było wobec Boga, drugiego człowieka i siebie. Przy robieniu rachunku sumienia bardzo ważna jest dyskrecja, żeby nie łamać sumienia dziecka. Można dziecko nakierować na jakieś przewinienie, ale niech ono we wnętrzu samo rozpatrzy, czy to był grzech.

      Następnie pomagamy dziecku wzbudzić żal za popełnione grzechy (na przykład własnymi słowami czy wypowiadając akt żalu lub posługując się słowami z książeczki). Można opowiedzieć dziecku – w celu rozbudzenia żalu – jak Pan Jezus za nasze grzechy cierpiał, co dla naszego zbawienia uczynił.

      Teraz wspólnie z dzieckiem ustala się mocne postanowienie poprawy.
      Jest zasada, że poprawiamy się z jednego grzechu. Jeżeli popełnia się grzech śmiertelny – ciężki (na przykład opuszczenie z własnej winy Mszy Świętej), to mocnym postanowieniem będzie tego więcej nie robić. Jeżeli nie ma się grzechów ciężkich, to postanowienie poprawy robi się z najczęstszego grzechu lekkiego – powszedniego (na przykład z kłótni). Teraz rodzic zachęca dziecko do przeproszenia całej rodziny. Uczy je w ten sposób wypowiadania prośby o przebaczenie win. Dziecko widząc wzruszenie w oczach mamy, taty, babci czy rodzeństwa, czuje powagę chwili związanej ze Spowiedzią. Uczenie takiej postawy ułatwi dziecku przeżyć właściwie samą Spowiedź. Wiadomo, że wcześniej trzeba powtórzyć z dzieckiem formułę Spowiedzi i zapewnić, że kapłan, który zastępuje w konfesjonale Pana Jezusa, jest zobowiązany do zachowania w tajemnicy wszystkich wyznanych grzechów. Warto też powiedzieć dziecku, że Bóg czeka na nie z otwartymi rękami i pragnie przebaczyć mu wszystkie popełnione grzechy.

      Następnie przynajmniej jeden z rodziców idzie razem z dzieckiem do kościoła do Spowiedzi Świętej.
      Dziecko czuje się pewniej, kiedy w pobliżu jest ktoś z rodziców. W Spowiedzi Świętej dziecko wyznaje grzechy Bogu przed kapłanem i po raz pierwszy w życiu słyszy i doświadcza, jak w imieniu Pana Jezusa ksiądz mówi: „... i ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Gdyby dziecko zapomniało jakiegoś grzechu, to powie o tym na następnej Spowiedzi Świętej. Ważne jest, aby zapamiętało pokutę.

      Po Spowiedzi Świętej dziecko ma do wypełnienia zadośćuczynienie.
      Częścią jego jest odmówienie pokuty, co może uczynić z rodzicem. Drugą częścią jest naprawienie wyrządzonych krzywd (na przykład oddanie komuś zabranej rzeczy, naprawienie czegoś). Dziecko wróci do domu z sercem pełnym Bożego szczęścia, wynikającego z odpuszczenia grzechów, wróci lekkie na duszy i zadowolone. Ważne, żeby nic nie zmąciło tego stanu duszy.
      Tego dnia szczególnie trzeba czuwać nad utrzymaniem dobrej atmosfery w domu.
      Dobrze, żeby dziecko mogło się jeszcze poprzytulać do rodziców, by dzielić się z nimi przeżywaną radością.

      Ks. Damian Kurek

    • Kończyć przychodzi serię rozważań na tle uczynków miłosiernych co do ciała. Inni pociągną tematykę uczynków co do duszy. Może i dobrze, że akurat wypadnie to w czasie wakacji, gdy tak wielu dba o ciało, zapominając o duszy…

      Umarłych pogrzebać – wydawałoby się, że to taki prosty temat, ale gdy się człek za to zabiera, rośnie sterta rozmaitych zapisków i notatek, bo i to ważne i to wypada ująć. Ot, zwyczajne dylematy publicznych wystąpień, jeśli ma być w miarę krótko i nie do końca głupio.

      Któż z nas nie był na pogrzebie? Bywają tacy, co latami sobie wyrzucają, że na pogrzeb babci czy dziadka nie zabrali wnuków, bo się obawiali reakcji, czy też szoku.
      Sam prowadziłem w życiu wiele pogrzebów i niektóre utkwiły mi w pamięci. Jeden mam do dziś w oczach, może dlatego, że to był wcześniej mój uczeń. Gdy w klasie ósmej mówiłem coś o duszy i życiu wiecznym, powiedział mi: „Co nam ojciec o śmierci opowiada! Jesteśmy młodzi i mamy przed sobą życie. Jak się zestarzeję, to będę miał czas na Boga”. Moja odpowiedź brzmiała: „Nie bądź taki pewien, bo nikt nie wie, ile mu czasu zostało”. Temu konkretnemu zostało niecałe 2 lata. Na pogrzebie nie przypomniałem tego, by nie robić przykrości najbliższym – ale odwoływałem się do tego potem w katechezach.
      Mamy trochę problemów ostatnimi czasy z pogrzebami. Czy tradycyjnie, czy też spopielenie zwłok? Na ten temat wypowiedzieli się nasi biskupi w czytanym liście pasterskim. Nie ma potrzeby powtarzać raz jeszcze. Starczy wiedzieć, że nie ma zakazu, o ile nie wybiera ktoś spopielenia z pobudek przeciwnych wierze. Nie ma co się buntować również za bardzo, gdy ktoś świadomie wybiera taką formę swego pochówku. Jest to chyba w duchu tego, co mówi Pan Jezus: Ciało na nic się nie przyda.  A może nie jest takie całkiem głupie powiedzenie zasłyszane kiedyś: „Gdzie chcesz być pochowany? Jeśli Pan Bóg istnieje, to jest mi to obojętne! A jeśli nie istnieje? – To tym bardziej jest mi obojętne!” To jakoś koresponduje z tym, co mówiła święta Monika:„Ciało złóżcie gdziekolwiek, z tym się nie kłopoczcie; o jedno tylko proszę, abyście wszędzie, gdzie będziecie, pamiętali o mnie przy ołtarzu Pańskim”.
      To prawda, że Pan Bóg sobie poradzi z naszym zmartwychwstaniem, niezależnie od tego, czy ciało zostanie pogrzebane, czy spalone.  Chodzi jednak o nas, żyjących, o nasz stosunek do ludzkiego życia i śmierci. Nasze obyczaje kształtują naszą świadomość i odwrotnie. Jeśli w grobie spocznie ciało, to staje się ono miejscem, które pełni rolę symbolu zmarłej osoby, jest śladem przypominającym o jej trwaniu, jest miejscem modlitwy i nadziei. Powie ktoś i będzie miał rację, że takim samym miejscem może być złożona urna. Mamy zadbać o to, by pogrzeb odbył się w zgodzie z wytycznymi Kościoła, choć czasem bywa to bardzo trudne. Bo życie i sytuacje duszpasterskie są bogatsze niż przepisy.

      Gdyby prześledzić Pismo Święte, to mamy wiele sytuacji, gdzie odbywa się pogrzeb. Czasem jest to wyraz czci dla władcy czy proroka, czasem zaś uczynek miłosierny, jak to, co czynił stary Tobiasz. Niewątpliwie takim samym uczynkiem było zdjęcie z Krzyża i pogrzeb Jezusa.
      Zadbać o duszę przed śmiercią – to będzie najważniejsza rzecz! 
      Raz jeszcze wypadnie mi odwołać się do doświadczeń z prowadzenia pogrzebów. Ilość kwiatów i wieńców bywa czasem tak ogromna, że nie ma kto tego nieść. Firma pogrzebowa ma problem, bo nie za bardzo jest jak to wszystko przewieźć. Pytanie, czy nie za późno na te kwiaty? Może warto zastosować radę pewnego proboszcza: „Kwiaty dawajmy sobie za życia”. Może rzeczywiście trochę inaczej wyglądałoby nasze życie z bliźnimi, gdyby te wszystkie kwiaty, które potem nosimy latami na groby, otrzymali nasi bliscy za życia. Czy też tak hojnie obdarzamy zmarłych modlitwą jak dekoracją?

      Śmierć chrześcijanina rodzi nadzieję silniejszą niż ból rozstania. 
      Rozstanie zawsze jest smutne, rodzi większy lub mniejszy ból, ale przez niego przebija nadzieja na ponowne spotkanie. Podobnie jest i ze śmiercią – przyjdzie czas, gdy spotkamy się z bliskimi w wieczności.
      Nie można więc pogrążać się w żałobie, jak ci, co nie mają nadziei – pisał święty Paweł do Tesaloniczan. 
      Dlatego z pewnym niesmakiem widzimy na pogrzebach chrześcijan oznaki rozpaczy, zawodzenia i spazmy. Tym bardziej, jeśli jest to trochę na pokaz, bo na przykład rodzina niezbyt interesowała się zmarłym za życia.

      Kończąc, chcę posłużyć się opowieścią wyczytaną w Internecie. 
      Taksówkarz został wezwany do klienta. Okazało się, że to staruszka udająca się do hospicjum. Chciała ostatni raz zobaczyć miasto, więc kazała jechać nie najkrótszą drogą. Wyłączył taksometr i kilka godzin jeździł z nią po Nowym Jorku. Kończy swą opowieść słowami: „Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu. Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia. Tymczasem piękne chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich”.
      To też może dotyczyć uczynków miłosierdzia. Nie przegapmy takich chwil, a Maryja niech nam w tym pomaga nieustannie.

      Ks. Damian Kurek

    • Chorych nawiedzać – to kolejny temat, nad którym przychodzi nam się zatrzymać.

      Być może, gdyby dziś formułowali ten uczynek nowocześni, otwarci, ci spod zawłaszczonej i przez to przekłamanej tęczowej flagi, to pewnie by powiedzieli, że uczynkiem miłosierdzia będzie kupno biletu do Holandii. A gdyby chory zapytał, dlaczego tak tanio, odpowiedź brzmiałaby: „No bo to bilet w jedną stronę…”
      Z drugiej strony, już bez żartów i złośliwości, to, co dzieje się dziś w polskiej służbie zdrowia, wcale nie jest tak dalekie od ponurego obrazu.

      Wstrzyknąć coś albo nie podać koniecznego leku – czy to taka wielka różnica?
      Odesłać ciężko chorego do domu albo nie przyjąć do szpitala, bo „nie rokuje nadziei”. Trudno też pogodzić się na przykład z faktem, że rodziców z chorym dzieckiem przychodnia odsyła do szpitala, ten zaś – nawet nie badając dziecka – odsyła do następnego, odległego o 70 kilometrów.

      Ilu z nas spotkało się z takimi czy podobnymi sytuacjami?
      Ale jest i odwrotna strona medalu. 
      W jaki sposób my, katolicy, zachowujemy się choćby w kolejkach do lekarzy? Jakie tam wtedy padają słowa, jaka miłość bliźniego…? Aż uszy więdną, a co bardziej wrażliwi wstydzą się takiego chrześcijaństwa. Może zatem przy okazji zróbmy sobie i taki rachunek sumienia.

      Kiedyś, gdy technika nie była aż tak rozwinięta i kontakty były bardziej osobiste niż wirtualne, gdy dziecko zachorowało i było nieobecne w szkole, koledzy, koleżanki odwiedzali, opowiadając, co w szkole, przynosząc zeszyty, by przepisać to, co było na lekcjach, aby zaległości nie rosły. Dziś jest łatwiej, bo komórki, bo maile, profile społecznościowe i… nie ma czasu na osobiste wizyty.

      W świecie ludzi dorosłych wygląda to już nieco inaczej.
      Więcej wiemy, rozumiemy, choroby robią się bardziej skomplikowane. Jak rozmawiać na przykład z chorym na raka w stadium zaawansowanym? Pocieszać w stylu „wszystko będzie dobrze”? Czy wprost przeciwnie – mówić prawdę, odbierając całkowicie nadzieję?
      Być może mamy jeszcze w oczach postać świętego Jana Pawła II, który od początku pontyfikatu spotykał się z chorymi, nie lękał się do nich zbliżyć, pocieszać, ale i prosić ich właśnie o modlitwę, o ofiarowanie swego cierpienia w intencjach Kościoła. Nie na darmo mówił, że chorzy są „skarbem Kościoła”. Pisał również orędzia na Światowe Dni Chorych oraz specjalny list do tychże.
      W jednym z orędzi mówił: „Specyficzną cechą ludzkiego cierpienia jest indywidualność i niepowtarzalność jego przeżywania. Każdy człowiek cierpi w swoisty, tylko jemu właściwy sposób. Istnieje mimo to wiele cech wspólnych wszystkim cierpiącym ludziom. Ludzie cierpiący upodabniają się do siebie podobieństwem sytuacji, doświadczeniem losu, potrzebą zrozumienia i troski, a nade wszystko chyba natarczywym pytaniem o sens. Towarzyszy im zawsze trudne do przezwyciężenia poczucie samotności i niezrozumienia ich wewnętrznych przeżyć. Człowiek cierpiący nieustannie potrzebuje drugiego człowieka, potrzebuje ludzkiego serca i ludzkiej solidarności”.
      Nie każdy potrafi z pewnym humorem, jak choćby ksiądz Jan Twardowski, zauważyć: „Znowu przyszła do mnie samotność, choć myślałem, że przycichła w niebie. Mówię do niej:– Co chcesz jeszcze, idiotko?A ona:– Kocham ciebie”.

      W liście apostolskim „Salvificidoloris” Jan Paweł II pisał:„Świat ludzkiego cierpienia przyzywa niejako bez przestanku inny świat: świat ludzkiej miłości – i tę bezinteresowną miłość, jaka budzi się w jego sercu i uczynkach, człowiek niejako zawdzięcza cierpieniu. Nie może człowiek: «bliźni» wobec niego przechodzić obojętnie”.
      Mędrzec Pański pisał: „Nie ociągaj się z odwiedzeniem chorego człowieka, albowiem za to będą cię miłować”(Syr 7, 35).

      Wiemy dobrze, jak to bywa z chorymi i odwiedzinami. Gdy choroba się trafi, to zwykle zjawia się wielu chętnych do odwiedzin, pocieszania. Gorzej, gdy ta choroba trwa dłuższy czas. Wtedy człowiek nierzadko zostaje sam na sam ze swoją chorobą, podobnie jak i rodzina chorego. Wówczas dla takiego chorego czy chorej jedyną radością bywają odwiedziny, jakie im składa sam Jezus. Przychodzi w Komunii Świętej, na przykładw każdy pierwszy piątek miesiąca. Ileż razy słyszymy właśnie to: „Jak dobrze, że Pan Jezus jest ze mną...”.
      Boli to, gdy chorym rodzina nie zapewnia takich odwiedzin, gdy się boją, że to od razu musi być koniec, gdy nie rozmawiają z chorymi o religijnym przeżywaniu choroby i cierpienia. Pamiętam, jak kiedyś wezwano mnie do chorego. Z rozmowy nie wynikało, by to sam chory prosił, zatem dopytałem – czy chory w ogóle wie, że ksiądz ma przyjść. Padła odpowiedź: „No, wnuczek mu mówił, my się jakoś boimy”. A wnuczek był w klasie drugiej. Potem się okazało, że całkiem niepotrzebnie się bali, bo chory w sumie czekał, ale nie bardzo wiedział, jak powiedzieć rodzinie. I takie to są sytuacje w naszych katolickich domach.

      Skoro doszliśmy do takich poważnych spraw, pora na słów kilka o sakramencie chorych. By nie wymyślać nic swojego, zacytuję zdania Kościoła. W Kodeksie Prawa Kanonicznego podano.
      Kanon 1004 paragraf 1:Namaszczenia chorych można udzielić wiernemu, który po osiągnięciu używania rozumu, znajdzie się w niebezpieczeństwie śmierci na skutek choroby lub starości”.
      Kanon 1004 paragraf 2: Sakrament ten wolno powtórzyć; jeśli chory po wyzdrowieniu znowu ciężko zachoruje lub jeśli w czasie trwania tej samej choroby niebezpieczeństwo stanie się poważniejsze”.
      Tu nie mogę się powstrzymać od mojego komentarza, bo czasem wydaje mi się, że sakrament chorych bywa nadużywany zwłaszcza przy okazji Światowego Dnia Chorych czy też mnożących się coraz bardziej „Mszy Świętych o uzdrowienie”. Tłumaczenie sobie, że każdy na coś jest chory, to w świetle przepisu prawa za mało – nie każda choroba zagraża życiu. I jeszcze jeden przepis prawny. 
      Kanon 1007:Nie wolno udzielać namaszczenia chorych tym, którzy uparcie trwają w jawnym grzechu ciężkim.

      Maryjo, którą przyzywamy jako uzdrowienie chorych, wstawiaj się za tymi, którzy są chorzy, ale pomagaj też tym, co spełniają uczynek miłosierdzia.

      Ks. Damian Kurek

    • Bracia i Siostry w Chrystusie Panu,
      By już swoistej tradycji stało się zadość, na początek dwa obrazki z życia…
      Pewnie każdy, kto ma więcej niż 40 lat, pamięta – a inni mogą wiedzieć ze zdjęć – jak w więzieniu spotkali się ofiara i niedoszły zabójca.
      To święty Jan Paweł II i Mehmed Ali Agca. Jeden przynosi pocieszenie, drugi dziwi się, że można było po takich strzałach przeżyć. Abstrahując od politycznego wyrachowania drugiej strony, bez wątpienia akt papieski wynikał z miłości bliźniego – miłości nawet nieprzyjaciół. Stadelheim to więzienie w Monachium, gdzie sporo lat temu pewnemu kapłanowi dane było raz jeden jedyny pełnić posługę wobec osadzonych tam Polaków. Wrażenie niebywałe, gdy spowiadał uważnie obserwowany przez strażników, a potem była Msza Święta, a w kaplicy również strażnicy i to z długą bronią. To spotkanie przed Bożym Narodzeniem było dla więźniów duchową pociechą. Jednocześnie trochę polskich gazet i czasopism przyniesionych przez niego dawało im jakąś namiastkę łączności – po pierwsze ze światem spoza krat, a po drugie z Polską. Przyznaje, że z uczuciem ulgi opuszczał ten kompleks budynków za wysokim murem.

      Więźniów pocieszać to kolejny z uczynków miłosierdzia, nad którym się zatrzymujemy.

      Nie brakuje w Biblii przykładów ludzi uwięzionych. Począwszy od Józefa egipskiego, który sam wtrącony niesłusznie do więzienia potrafił pocieszać swoich współtowarzyszy niedoli. Nie mniej wycierpieć musiał prorok Jeremiasz, bo miał inną wizję ocalenia Jerozolimy. Wielka polityka i – jak się potem okazało – zgubna krótkowzroczność króla doprowadziła do uwięzienia proroka. Jednak nawet tam potrafił zachować wolność ducha i gdy nadarzyła się okazja, wyłożył królowi, co byłoby najlepsze i czego oczekuje Bóg.

      Nie wiemy wiele o pobycie w więzieniu Jana Chrzciciela, choć wiemy, że wylądował tam, bo się naraził władcy. 
      Pocieszył go sam Jezus, gdy posługując się proroctwem Izajasza, oznajmił posłańcom, kim jest. Natomiast o świętym Pawle możemy spokojnie powiedzieć, że czas spędzony w więzieniach dobrze wykorzystał. Owocem tego są tak zwane listy więzienne napisane do Efezjan, Kolosan, Filipian i Filemona. Sam uwięziony myślał o tych, którzy dzięki niemu uwierzyli w Jezusa Chrystusa, i dbał, by ten młody Kościół nie doznał żadnego uszczerbku.

      Oczywiście różne mogą być powody uwięzienia.
      Więźniowie kryminalni – zasłużenie siedzą i nie mają powodu do chluby i chwały. Ponoszą zasłużoną karę i dobrze by było, gdyby umieli powiedzieć jak ów łotr na krzyżu: Słusznie ponosimy zapłatę za nasze czyny…

      Więźniowie polityczni – tu już sprawa winy i słuszności jest bardziej skomplikowana. Tak naprawdę nie powinno być więzionych za poglądy polityczne, ale jak wiemy, żadna władza nie kocha tych, co ją krytykują i wytykają błędy, zaniechania czy wprost zbrodnie. Mamy duże doświadczenia z więźniami politycznymi w naszej Ojczyźnie. Jedni już nie chcą o tym pamiętać, inni wciąż czekają na jakąś pociechę czy formę zadośćuczynienia, jeszcze inni przeszli na stronę dawnych prześladowców, popijając z nimi i biesiadując. Ci, ku zdumieniu wielu, sami się pocieszyli.
      Starożytni owiedzieliby corruptiooptimipessima – „zepsucie najlepszego jest najgorsze” ... Obserwujemy to na ekranach telewizorów.

      W czasach nam bliższych, choć też już na szczęście historycznych, jawi nam się postać wielkiego Prymasa Kardynała Wyszyńskiego. 
      Uwięziony został za to, że nie godził się składać rzeczy Bożych na ołtarzach cezara – upokarzany przez tych, co to niby nieśli na swych sztandarach równość i wolność. Jak sam pisze, w chwili aresztowania w jego obronie stanął jedynie pies. Potem pociechą mu był Bóg, możliwość sprawowania Eucharystii, książki i program dnia. Wielką pociechą w tym uwięzieniu były listy, jakie od czasu do czasu otrzymywał od swego ojca. W wigilię Bożego Narodzenia 1953 roku zapisał: „Listu od Ojca na święta nie otrzymałem, choć trudno mi to sobie wyobrazić, by paczka była wręczona bez listu.Ale tę chęć okazania mi swej przewagi wybaczam moim opiekunom.Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził”. Jakże bliskie jest to temu, co przeżył swego czasu inny Polak, być może dlatego, że nie dał łapówki temu, co trzeba, i temu, co chciał. Zniszczono potem jego firmę, ale on sam nie dał się zniszczyć. A pomocą i pociechą był mu obrazek Jezusa miłosiernego i powtarzane w celi słowa – „Jezu ufam Tobie”.

      Przywołani tu zostali niesłusznie uwięzieni. Ale przecież wiemy dobrze, że więzienie to jednak najczęściej zasłużona kara za uczynione zło. Zatem pocieszanie i odwiedzanie więźniów musi wypływać z głębokiej wiary w to, że Bóg nie chce śmierci grzesznika, ale by się on nawrócił. Pełnienie tego uczynku miłosierdzia winno prowadzić więźnia do zrozumienia, że jeśli była wina, to musi być kara, ale to nie znaczy, że ludzie i Bóg o nim zapomnieli. Pocieszać to nie znaczy bagatelizować sytuację, a tym bardziej rozbawić. Prawdziwa radość może być tylko następstwem, a nie przyczyną czegokolwiek, następstwem nadziei, że zawsze można zacząć od nowa, ponieważ Bóg właśnie na to czeka. I uprzedza czyny człowieka swoim miłosierdziem.

      O jednych jeszcze więźniach wspomnieć koniecznie trzeba, choć ich bardzo trudno pocieszać. Oni tej pociechy – jak im się wydaje – nie potrzebują. To więźniowie własnych przekonań, albo lepiej mówiąc, własnej nieomylności.
      Jedno tylko uwięzienie jest dla człowieka jednocześnie źródłem siły i powodem do chwały – bycie pochwyconym i uwięzionym przez Jezusa: A zatem zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani. Tak pisał święty Paweł do Efezjan. Wcześniej w podobnym duchu wyrażał się wspomniany Jeremiasz, mówiąc do Boga: Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść, ujarzmiłeś mnie i przemogłeś.

      Błogosławiony […] Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga(2 Kor 1, 3nn).

      Maryjo, bądź pociechą wszystkim uwięzionym, a zwłaszcza tym, którzy niesłusznie i niesprawiedliwie cierpią pozbawieni wolności.

    • Pozostajemy w nurcie uczynków miłosierdzia co do ciała. 
      Nurt nie musi oznaczać od razu lania wody, choć nie udało się tego uniknąć przed tygodniem.
      To tak trochę żartem…

      Dziś podejmujemy refleksję nad kolejnym – „nagich przyodziać”.
      Żyjemy w takim klimacie i w takiej kulturze, że odzienie jest potrzebne. 
      Gdybyśmy mieszkali w amazońskiej dżungli, byłoby inaczej, co można wyczytać czy zobaczyć w rozmaitych książkach, reportażach, filmach, ot, choćby w książkach pana Wojciecha Cejrowskiego. Tam, jeśli Indianin ubrał spodenki, przestawał być „dziki”; jeśli chciał wejść do wioski dzikich, musiał spodenki zdjąć. Można sobie wyobrazić, na jakie trudności natrafiłby ten, co by chciał za wszelką cenę wprowadzić w życie ten uczynek miłosierny. Być może skończyłoby się jak kilkadziesiąt lat temu u Papuasów. Rozdawano garderobę, nieprzystosowaną do klimatu i na siłę tych ludzi ubierano. Zakrywano nagość, która w oczach ubierających została uznana za budzącą pożądanie. Od tego czasu zaczął panoszyć się świerzb, grzybica, łuszczyca, rak piersi u kobiet. Czy zatem ten uczynek miłosierdzia dotyczył i tamtych ludzi?
      Zostawmy na razie Indian czy Papuasów, bo jednak jesteśmy w Polsce, gdzie jako tako umiemy i chcemy się ubierać i potrafimy też dzielić się tym, co mamy.
      Dziś nierzadko to, co wyprodukowane – przeważnie w Chinach, bo przecież u nas się nie opłaca – jest zasadniczo jednorazowego użytku. 
      Raczej nie ponosi tego ktoś następny, chyba że kloszard. Chociaż nie zawsze tak było i nie zawsze tak jest. W rodzinach wielodzietnych młodsze dziecko nosi to, z czego starsze wyrosło.
      Trudniej mają ci, co są rodzicami jedynaka, bądź jedynaczki, a już nie daj Boże, jak uwierzyli, że koniecznie muszą mieć najmodniejsze ciuchy. W krótkim czasie szafy pękają w szwach, a latorośl siedzi przed nią i mówi, że nie ma się w co ubrać! Niejedna mama ma za sobą takie doświadczenie i takie domowe boje – „Ja tego nie ubiorę! Ja w tym nie pójdę!” I mała albo nawet wielka wojna wybucha.
      Nie każdy ma tyle szczęścia, by doświadczyć takiej sceny.
      Dorastająca córka latem chce wyjść z domu do miasta ze znajomymi. Ot, taka sobie przechadzka bez wielkiego celu. Ubrała się i wychodzi, rzucając: „Mamo, to ja wychodzę!”.
      Mama spojrzała kątem oka i spokojnym głosem powiedziała:
      – „Tak nie wyjdziesz do ludzi”.
      – „Ale dlaczego?”
      –„Pomyśl sama!”
      Chwila zastanowienia się i po niedługim czasie ubrana w koszulkę z krótkim rękawem wychodziła z domu.
      Mama uznała, że poprzedni strój nie pasował do ludzi.
      Na plażę, na jakąś wędrówkę po pustkowiach – owszem.
      „Nagich przyodziać…” 
      Może czasem trzeba by taki uczynek spełnić wobec niektórych pań i dziewcząt wchodzących do kościoła. One bardziej „rozdziane” niż odziane. Widocznie zabrakło takiej mądrej, a spokojnej mamy, która powiedziałaby: „Tak nie wyjdziesz z domu, zwłaszcza do kościoła!”
      Jakiś czas temu pewna pani w radiu mówiła o strojach na różne okazje. 
      Prowadzący audycję zapytał też o strój do kościoła w czasie wakacji. Pani poszerzyła nieco i dała mniej więcej taką radę: „Im więcej nałożymy ubrań do kościoła, tym lepiej. W kościele mamy dbać o duszę, zatem ciało powinno być zakryte”.
      O mój Boże! To marzenie każdego proboszcza i każdego księdza na ślubach, chrztach czy też zwyczajnie, gdy ciepło na dworze.
      Chyba trzeba by zastosować tę indiańską restrykcję – jeśli chcesz wejść do nas, musisz się stosownie ubrać. A może to jest tak, że uboga moralność, ubogie życie duchowe skutkuje skąpym ubraniem?
      W naszej kulturze pozbawienie kogoś ubrania i wystawienie na publiczny widok najczęściej było chęcią głębokiego upokorzenia. Tak należy widzieć dziesiątą stację drogi krzyżowej: Jezus z szat obnażony.
      Ale można i ubraniem kogoś wyszydzić. Wspomnijmy Jezusa ubranego w szkarłatny płaszcz, z trzciną w ręku i koroną na głowie.
      Nie bez powodu w naszym języku funkcjonuje słowo „chamstwo”. 
      To wspomnienie biblijnej historii Noego, który doświadczył mocy wina albo też wina, które moc odbiera. A jako że człowiek nietrzeźwy kiepsko nad sobą panuje, tak i jemu zdarzyło się lec, jak go Pan Bóg stworzył. Synalek, o imieniu wtedy jeszcze neutralnym, zobaczywszy ojca, zamiast po cichu przykryć go, chciał zrobić z tego widowisko niemal publiczne. No i ostało nam się „chamstwo” do dziś.
      Z jednej strony nierzadko ubrane w dobre garnitury i na stanowiskach, co możemy dość wyraźnie obserwować choćby w debatach sejmowych albo studyjnych. Z drugiej strony, jakaś część rozbiera się publicznie i dobrowolnie; jedni dla ideologii, inni dla zysku, a jeszcze inni obnażają się wewnętrznie, pokazując rozmaite brudy swego życia przeszłego albo i obecnego. Tym się żywią wszelkie kolorowe piśmidła, tak chętnie kupowane i czytane przez znaczną część naszego społeczeństwa, zwłaszcza tego młodego, wykształconego, z dużych miast, by posłużyć się tą dość wyrazistą frazą.
      Wracając do naszego uczynku miłosiernego w sensie ścisłym, to wydaje się, że każdy może go spełnić. Wystarczy, jeśli jeszcze dobra używana, ale już niewykorzystywana odzież zamiast do kubła trafi do kogoś następnego. Tak było przed laty, gdy zachód odziewał nas Polaków, przy okazji robiąc porządki u siebie w szafach i garderobach. Niemniej wiele z tych ubrań było do wykorzystania i znam wielu takich, co w ciuchach z darów chodzili. Zresztą i dziś to się dzieje i niekoniecznie musimy się bardzo wstydzić zakupów w rozmaitych ciucholandach. Oczami wyobraźni widzimy betlejemską grotę, a w pamięci brzmią słowa kolędy: „Bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła, w który Dziecię owinąwszy, siankiem je okryła”.
      Prośmy Maryję, by nas uczyła, jak wprowadzać w życie miłosierdzie wobec tych, co cierpią niedostatek okrycia. 
      Jednocześnie byśmy sami umieli poprzestawać na tym, co nam faktycznie potrzebne.

      Ks. Damian Kurek

    • Kolejna niedziela i nasze zastanawianie się nad uczynkami miłosierdzia.
      Już mniej więcej wiemy, co trzeba, by nakarmić głodnych, ile troski trzeba, by nie zabrakło wody, czy wreszcie jak zadbać o odzienie dla tych, co go potrzebują.
      Krok następny – przewidywalny – podróżnych w dom przyjąć.
      Gdy się o tym mówi, pamięć podpowiada wigilijny stół i puste nakrycie dla ewentualnego wędrowca. 
      Inna rzecz, czy bylibyśmy w stanie przyjąć go, bo w nas jest sporo lęków przed obcymi i nieznanymi.
      Dziś znów wspomnienia pewnego kapłana czy też doświadczenia. Najpierw z dość wczesnego dzieciństwa.
      Wtedy po wsi chodzili tacy, co sprzedawali bądź naprawiali jakieś gospodarskie sprzęty. Ot, choćby koszyki, kobiałki, opałki i tak dalej. Pewnego razu zawędrował taki właśnie człowiek do nas. Coś tam ponaprawiał, a ponieważ nadchodził wieczór, poprosił o nocleg. Warunki mieliśmy takie, jakie mieliśmy, ale on powiedział, że wystarczy mu odrobina słomy i położy się w kuchni przy piecu i będzie dobrze. I tak się stało, jeszcze nam pokazał, jak uzyskuje z leszczynowych prętów cienkie listeweczki na kobiałki. Mnie w pamięci zapadło jednak coś innego. Ten obcy człowiek uklęknął przy tym swoim prymitywnym posłaniu i długo mówił swoje wieczorne pacierze. Zapamiętałem!

      Teraz pewnie nie ma już takich wędrowców i fachowców… Dziś podróżowanie jest na pewno o wiele łatwiejsze niż było przez wieki, o wiele większe odległości możemy pokonać w krótszym czasie.  Dlatego może mniej jest okazji, by praktykować ten uczynek tak na co dzień. Owszem, mają taką okazję ci, co mieszkają na trasach pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Czynią to przez lata i jednakowo chętnie, serdecznie przyjmując utrudzonych wędrowców. Z czasem wytwarzają się swoiste więzi, znajomości i przyjaźnie, i z roku na rok ci sami goszczą tych samych. Być może byłoby im trudniej przyjmować wciąż nowych, ale bez wątpienia są oni w nurcie wypełniania tego miłosiernego uczynku. Tak zapewne latami całymi gościli pielgrzymów na święto Paschy mieszkańcy Jerozolimy i okolic. Czy było to całkiem bezinteresowne, to już inna sprawa.
      Zapewne to samo działo się w czasie owego sławetnego spisu ludności, gdy zabrakło miejsca w gospodzie i konieczna była betlejemska grota. A potem ucieczka do Egiptu i tułaczka na obczyźnie. Potem była Betania, ale była i skarga – Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy skłonić…
      Może zatem, gdy dziś rozważamy ten uczynek miłosierdzia, trzeba spojrzeć nieco inaczej i szerzej. Bo czy nie są dziś na swój sposób podróżnymi, a czasem wprost bezdomnymi ci, co opuszczają swoją Ojczyznę w poszukiwaniu lepszych warunków życia? Oni są na pewno wciąż w podróży. I nierzadko do końca życia czują się obcymi i przybyszami. I znowu wspomnienie pewnego kapłana, dużo późniejsze od pierwszego, gdy pracował w Polskiej Misji Katolickiej w Monachium. Tam do siedziby misji często zgłaszali się ludzie po jakąś pomoc, czasem również prosili o nocleg. Nastał taki czas, gdy wyszło rozporządzenie odgórne, żeby nie przyjmować, bo jest już inne miejsce, gdzie mogą się zatrzymać.
      I w takim właśnie czasie pojawia się trójka młodych ludzi. Przyjechali, miał na nich czekać ktoś, kto ich przyjmie. Niestety, ponieważ było święto, znajomy wyjechał i nie mają gdzie skłonić głowy. Znalazłem się między młotem a kowadłem. Zaufać, przyjąć, łamiąc zakaz, czy też odesłać gdziekolwiek? Zaryzykowałem i nie żałuję. Jeśli czegoś mogę w tym przypadku żałować, to tego, że nie przyszli na kolejną noc i – jak się potem dowiedziałem – spędzili ją na dworcu. Tak rozpoczęta znajomość przetrwała do dziś.
      Iluż takich jest gdzieś tam w Anglii, w Irlandii, Niemczech czy Hiszpanii, czy jeszcze Bóg wie gdzie.  Wyruszyli, by szukać lepszego życia, a czasem tylko warunków do życia i pracy, bo tu ich nie znaleźli. Nie negując tej przyczyny, warto może jednak zwrócić uwagę na jeszcze jedno – to swoista erozja wartości, w tym również patriotycznych, taki trochę brak poczucia przynależności do swojej ojczyzny. Z drugiej strony wiemy, że Polacy na emigracji potrafili pięknie zachowywać kulturę oraz wiarę. Dziś chyba nie jest już tak pięknie i to zarówno tam jak i tutaj.
      Pewnie pamiętamy tę propagandę sprzed kilkunastu lat, gdy miało się odbyć referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej. Jednym ze sztandarowych argumentów było to, że będziemy mogli podróżować i zamieszkać w całej Unii Europejskiej. Gdy we Wrocławiu pewien kapłan wygłosił jakieś krytyczne zdanie, twierdząc, że emigracja nie jest szczytem szczęścia dla rodziny, zwłaszcza jeśli wyjeżdża jedno z rodziców – oberwało mu się, że taki niepostępowy jak Pawlak z „Samych swoich” …
      Dziś jeszcze nieco półgębkiem, ale mówi się o tych, co pozostali. To tak zwane „eurosieroty”. 
      Może i takich trzeba by przyjmować, może nie tyle pod swój dach mieszkania czy domu, ile bardziej pod dach swego serca. To też będzie uczynek miłosierny, owszem, pewnie zahaczający o ten względem duszy, by strapionych pocieszać, ale można i trzeba nam tu pamiętać o takich, którzy czują się obcymi we własnym kraju, czasem we własnej rodzinie, która nie jest tą najbliższą, czyli matką i ojcem.
      My, Polacy, wyjeżdżamy gdzieś tam i będziemy tam obcy, ale i do nas przyjeżdżają inni skądś tam, z bliższego czy dalszego wschodu. Spotykamy zwłaszcza w uniwersyteckich miastach wielu obcokrajowców. Inny wygląd, inny kolor skóry i inna kultura nie ułatwiają adaptacji w nowych warunkach. Wiele zależy wtedy od naszej akceptacji, od życzliwego spojrzenia i dobrego słowa.
      Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno wydarzenie. 
      Uczniowie szli do Emaus smutni, bez nadziei. A w ich życiu stanął Chrystus, lecz Go nie poznali – jak śpiewamy w jednej z piosenek religijnych. Sami w drodze zapraszają Nieznajomego do stołu, by utrudzonemu – jak im się wydawało – Wędrowcowi ulżyć i usłużyć. Nie wiedzieli, że to oni zostaną o wiele bardziej ubogaceni. Zniknie ich rozgoryczenie i zawód, wszystko zamieni się w radość rozpoznania i spotkania.

      Maryjo, która sama doświadczałaś bycia w podróży, dopomagaj tym, co w drodze.
      Dopomagaj również tym, którzy mogą zaradzić ludzkim potrzebom, by nie lękali się otworzyć drzwi domu, a zwłaszcza serca dla przybyszów.
      W nich przychodzi Twój Syn, a nasz Pan Jezus Chrystus.
      Obyśmy zawsze o tym pamiętali.

    • Woda to źródło życia – bez wody nie ma życia. 
      Drugi z uczynków miłosierdzia daje nam okazję do swoistej pogadanki o tym, jak dziś w świecie gospodaruje się tym drogocennym, a właściwie bezcennym płynem. Wagę tej gospodarki rozumie każdy człowiek, tym bardziej ten, kto sam doświadczył braku wody. Trudniej pojąć w pełni ten problem ludziom, którzy nie doświadczyli poważnego braku wody.

      Takie wspomnienie z życia pewnego kapłana. 
      Wiadomo, pochodzi ze wsi i to tej małopolskiej albo – jak kto woli – galicyjskiej. Mechanizacja rolnictwa 40 lat temu była, jaka była. Szło się do żniw z kosą, później nastąpił postęp i była kosiarka konna. Praca jednak była wystarczająco ciężka. Wtedy człowiek doświadczał, jakim skarbem jest łyk świeżej wody. Chodziło się po nią do studni albo piło prosto z takiego źródełka na lekko bagnistej łące. Nie było co grymasić i zastanawiać się, czy są jakieś bakterie w tej wodzie. Byle się napić, bo praca czekała dalej. I na to nakłada się wspomnienie z rekolekcji oazowych w Łomnicy, gdzie młodzież wolała kupować w sklepie wodę, niż pić darmo płynącą, czystą i w dodatku mineralną. Ot, nowoczesność.

      Mówiąc o uczynku miłosierdzia: spragnionych napoić, koniecznie trzeba zauważyć dwie kobiety, żyjące w odstępie kilku wieków, a jednak do dziś przywoływane. Obie usłyszały: Daj mi się napić!
      O kim mowa? 
      O wdowie z Sarepty Sydońskiej oraz o Samarytance. 
      Ta pierwsza to uboga wdowa, niemająca już niemal nic. Panująca susza doprowadziła do głodu, a ona uwierzyła, że podanie wody spragnionemu nieznajomemu naprawdę przyniesie jej Boże błogosławieństwo. 
      Druga to Samarytanka. Pewnie nie była bardzo biedna materialnie, ale na pewno bardzo biedna moralnie.
      W obu przypadkach ten ich uczynek miłosierny (bo zapewne jednak i Samarytanka dała w końcu Jezusowi wodyzostał nagrodzony. Pan Bóg bowiem nie zostawia niczego bez nagrody.
      Wiemy dobrze z ust samego Jezusa: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody” (Mt 10, 42).
      Mamy potężne dysproporcje w dostępie do wody oraz w jej zużywaniu w świecie. Półkula północna ma jej pod dostatkiem, ale gospodarka wodą bywa kretyńska, że aż tak się wyrażę. No bo jak inaczej ocenić to, co uczyniono swego czasu z Jeziorem Aralskim w dawnym ZSRR? Owszem, ono samo słone, ale jednak żywiło wielu ludzi, a wpadające do niego rzeki zapewniały ludziom byt. Dziś tam jest praktycznie pustynia i klęska ekologiczna.
      Znowu można, a chyba nawet trzeba odwołać się do „pobożnych życzeń” ONZ, bo za takie należało już na starcie uznać założenie, że do 2000 roku zapewni się 50 litrów wody pitnej dziennie na osobę. I to na całym świecie! Założenie piękne, realizacja… jak zwykle. We wspomnianym 2000 roku w gospodarstwach domowych w Ameryce Północnej zużywano 280 litrów dziennie na osobę, w Niemczech – 130 litrów, a w Gambii czy na Haiti tylko 3! Na millenijnym szczycie w 2000 roku państwa członkowskie ONZ postanowiły znów, że do 2015 roku zmniejszą o połowę liczbę ludzi pozbawionych dostępu do wody pitnej. Jedną z dróg wytyczonych przez Światową Organizację Handlu miała być liberalizacja rynku wody. I jak można się domyślić… wzrosła cena wody, dla tych, co zapłacić mogą, a ci, co jej nie mieli, nadal nie mają. Naprawdę nie trzeba być wielkim ekspertem, by widzieć, że prawo zysku – czasem za wszelką cenę – bierze górę nad uczciwością, nie mówiąc o sprawiedliwości.
      Aż się ciśnie na usta prorok Izajasz, bo można jego słowa i tu zastosować: Nie będzie już głupi zwany szlachetnym ani krętacz mieniony wielmożnym. Bo głupi wygłasza niedorzeczności i jego serce obmyśla nieprawość, żeby się dopuszczać bezbożności i głosić błędy o Panu, żeby żołądek głodnego pozostawić pusty i spragnionego pozbawić napoju (Iz 32, 1-6).
      Żyjemy w środowisku, w którym nie brak nam wody. Możemy jednak spróbować wyobrazić sobie sytuację, co by się stało, gdybyśmy nie mieli dostępu do niej. Od strony życia biologicznego zostalibyśmy skazani na zagładę... I to w bardzo szybkim czasie! Być może wtedy byłaby walka nawet o kilka łyków wody! Być może mniej liczyłaby się moralna strona naszego życia! Każdy by walczył, by przetrwać „trochę dłużej” ... Być może nie umielibyśmy być takimi jak literacki Staś: «O, Nel! Jam udawał tylko, że piję! Ja od trzech dni nie miałem nic w ustach!». I chwyciwszy się rękoma za głowę, uciekł, by nie patrzeć na jej mękę.
      Brak wody jest jeszcze bardziej dotkliwy niż brak pokarmu. Kiedy człowiek doświadcza pragnienia, pojmuje lepiej, jak wielkim darem jest ów ewangeliczny „kubek wody”. Doświadczają tego choćby pielgrzymi podążający latem na Jasną Górę z różnych stron Polski. Jednocześnie ci, którzy użyczają swoich domów czy też studni utrudzonym pielgrzymom, bez wątpienia są w nurcie uczynków miłosiernych. W podobnym duchu trzeba widzieć choćby czasy pamiętnych powodzi, gdy tylu ludzi pomagało poszkodowanym, bo mieli za dużo wody, ale brakło tej do picia.
      Podczas spotkania z Samarytanką Jezus dobitnie pokazał, że sytuacja, w której człowiek cierpi pragnienie, pozwala mu dostrzec duchową rzeczywistość, jaką jest pragnienie Boga.
      Psalmista tak to pokazuje: „Boże, Ty, Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody (Ps 63,2). Prośba Jezusa o wodę przeradza się w dialog z Samarytanką o istocie wiary w Boga i czci w duchu i prawdzie (J 4,1-26).
      Wydaje się, że gdy człowiek idzie z wiadrem wody czy innym dzbanem, to raczej chce jak najszybciej dotrzeć do domu, a nie rozmyśla i nie filozofuje. Samarytanka jednak musiała wiele razy dumać: „Jak by to było dobrze, gdybym nie musiała tu przychodzić…” Zaspokoić pragnienie bez konieczności wysiłku, trudu. My to dziś w większości mamy, ale czy jesteśmy przez to lepsi? Czy więcej myślimy o rzeczach i sprawach poważnych, tych ostatecznych. Czy w nas rodzi się pragnienie wieczności?

      Niech Maryja pomaga nam przechodzić z tego poziomu doczesnego pragnienia na to wieczne pragnienie Boga. 

    • Bracia i Siostry, uczynki miłosierdzia, albo jak czasem nazywamy je – uczynki miłosierne względem ciała, to temat naszych rozważań w bieżącym cyklu. 

      Po wstępnych uwagach na temat Bożego i ludzkiego miłosierdzia dziś idziemy do pierwszego z nich: głodnych nakarmić. Na początek dwa obrazki z doświadczenia pewnego kapłana. Kilka lat temu podjechał pod pewien sklep, taki nieco większy. Do samochodu podchodzi chłopiec 7- może 8-letni. Umorusana buzia, w ręku reklamówka. „Da mi pan na słodką bułkę!” On na to: „Wiesz, sam bym taką zjadł”. Na co chłopaczek otwiera reklamówkę i mówi: „Chce pan, bo mam już 4”. Okazało się, że ludzie nie dawali mu pieniędzy, ale kupowali bułkę i teraz nie wiedział, co z tym zrobić. Parę dni później, niemal w tym samym miejscu podchodzi pan, taki nieco „wczorajszy”, widać, że trunkowy, ale grzecznie prosi: „Niech pan mi kupi chleb”. Dobrze. Wchodzą do sklepu. „Który pan chce?” – zapytał. „Wszystko mi jedno, byle był!” Pani podała, a zanim zdążył zapłacić, on już go rwał na kawałki i jadł. Był naprawdę głodny.
      Nikomu nie jest obce uczucie głodu, ale nam raczej w takim znaczeniu – „mam ochotę coś zjeść”. Nie doświadczamy raczej tego, co jest udziałem niestety potężnej części ludzkości.
      Nie wystarczy wpisać w powszechnej deklaracji praw człowieka ONZ, że „każdy człowiek ma prawo do poziomu życia zapewniającego zdrowie i dobrobyt jemu i jego rodzinie, włączając w to wyżywienie, odzież, mieszkanie, opiekę lekarską i niezbędne świadczenia socjalne oraz prawo do zabezpieczenia na wypadek bezrobocia, choroby, niezdolności do pracy, wdowieństwa, starości lub utraty środków do życia w sposób od niego niezależny”. Ale potrzebne jest solidne współdziałanie i to bardzo szerokie. Dziś bowiem głód to nie tylko sprawa konkretnego głodnego człowieka, choć to winniśmy też zauważać, bo to nam najbliższe. Istnieje wiele różnych przyczyn niedostatku i głodu. Bywają one niezależne od człowieka, jak choćby katastrofy naturalne, klęski żywiołowe. Na mniejszym lub większym obszarze następuje wtedy gwałtowne załamanie produkcji żywności.
      Oczywiście klęskom żywiołowym trudno zapobiegać, ale można przynajmniej minimalizować skutki. Niestety, ponoć nie ma pieniędzy, bardziej jednak chyba brak woli, by ludzi chronić – trudno o widoczne efekty. Nie obronimy się przed gradem, ulewą czy wichurą, ale przed płynącą wodą nieco można się obronić. Skoro jednak na nic nie ma pieniędzy… Mamy to, co mamy. Wielką politykę, gdzie mały człowiek się nie liczy.
      Jeszcze większą przyczyną głodu jest strukturalna bieda. Pracujący zarabia tak mało, że nie potrafi utrzymać rodziny na odpowiednim poziomie. Tu koniecznie trzeba by wspomnieć o tej niesprawiedliwości, która niemal woła o pomstę do nieba. I myślę, że Pan Bóg o to się upomni kiedyś. Dotacja do produkcji żywności pozwala na to, by w sklepie było w miarę tanio. Co jednak jest skutkiem? Widzimy to doskonale na naszym polskim przykładzie po tak zwanej transformacji. Opłaca się sprowadzić zboże z Niemiec czy Francji, a nasze pola leżą odłogiem. Może gdyby nie te dotacje, to żywność pewnie byłaby droższa. Natomiast na pewno mniej byśmy jej marnowali.
      Tu chcę się odwołać do wielkiego Prymasa Tysiąclecia, który mówił:
      „Polska w tym wymiarze, w tym areale ziemnym, jaki posiada, może wyżywić sama nie 40, ale 80 milionów ludzi. […] Kraj, który był spichlerzem całej niemal południowej i północnej Europy, dzisiaj chodzi „po proszonym” z garnuszkiem od drzwi do drzwi. To jest anomalia!Czy wasza (rolników) praca może mieć przyszłość? Oczywiście! Bo to jest naturalna zemsta dziejów, że kraj rolniczy, w którym udręczono rolników, przestał żywić naród” (do rolników z „Solidarności” w 1981 roku).
      Czy wiele się zmieniło teraz? Zamiast liczyć na siebie, wciąż liczymy na unijne dotacje, to jest teraz owo chodzenie „po proszonym”.
      Jesteśmy chyba zbyt krótkowzroczni i zadufani w to, że zawsze tak będzie. To znaczy, że nie będzie kataklizmów, żadnych konfliktów ani wojny. Gdyby sobie tak wyobrazić, że wybucha wojna, toć w krótkim czasie nastaje potężny głód – i to również na wsiach.
      Iluż ludzi żyje bez żadnych zapasów, bo po co, skoro można wszystko kupić każdego dnia? Ale co by to było, gdyby zabrakło gazu, prądu? Czy ktoś z nas próbuje to sobie wyobrazić i przewidzieć? Wiem, to takie katastroficzne wizje, ale przecież mamy i w Biblii słowa przestrogi: „Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo» – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada”. Wiem, że święty Paweł mówi to w kontekście dnia ostatecznego, ale w końcu dla każdego z nas moment śmierci jest dniem ostatecznym, dniem sądu.
      Schodząc do naszej codzienności, spotykamy często zwłaszcza przed kościołami – ale nie tylko – ludzi żebrzących. Trudno wtedy rozeznać, czy jest to ktoś podobny do tego chłopaczka od słodkiej bułki, czy też jednak ten prawdziwie głodny. Roztropność jest nam potrzebna, by ktoś nie żerował na naszym litościwym sercu i żył jako obibok, co się żadną pracą nie skala. Czasem wystarczy zaproponować jakąś pracę do wykonania, by ten „głodny” przestał być głodny. W sumie jednak lepiej dać się naciągnąć niż odesłać kogoś faktycznie głodnego.

      Istnieje jednak i inny głód i Ktoś inny zaradza tej potrzebie. Śpiewamy: „Ty sycisz głody ludzkich serc swym Ciałem i swą Krwią. O, przyjdź i daj nam, Panie nasz, Chleb życia ręką swą!”
      Niech Matka Boża wspiera nas w naszym dziele miłosierdzia, ale niech również pomaga nam zachować zdrowy rozsądek i mądrość, byśmy jako naród nie stawali się żebrakami, ale umieli wykorzystać Boże dary.

      Ks. Damian Kurek