Kończyć przychodzi serię rozważań na tle uczynków miłosiernych co do ciała. Inni pociągną tematykę uczynków co do duszy. Może i dobrze, że akurat wypadnie to w czasie wakacji, gdy tak wielu dba o ciało, zapominając o duszy…
Umarłych pogrzebać – wydawałoby się, że to taki prosty temat, ale gdy się człek za to zabiera, rośnie sterta rozmaitych zapisków i notatek, bo i to ważne i to wypada ująć. Ot, zwyczajne dylematy publicznych wystąpień, jeśli ma być w miarę krótko i nie do końca głupio.
Któż z nas nie był na pogrzebie? Bywają tacy, co latami sobie wyrzucają, że na pogrzeb babci czy dziadka nie zabrali wnuków, bo się obawiali reakcji, czy też szoku.
Sam prowadziłem w życiu wiele pogrzebów i niektóre utkwiły mi w pamięci. Jeden mam do dziś w oczach, może dlatego, że to był wcześniej mój uczeń. Gdy w klasie ósmej mówiłem coś o duszy i życiu wiecznym, powiedział mi: „Co nam ojciec o śmierci opowiada! Jesteśmy młodzi i mamy przed sobą życie. Jak się zestarzeję, to będę miał czas na Boga”. Moja odpowiedź brzmiała: „Nie bądź taki pewien, bo nikt nie wie, ile mu czasu zostało”. Temu konkretnemu zostało niecałe 2 lata. Na pogrzebie nie przypomniałem tego, by nie robić przykrości najbliższym – ale odwoływałem się do tego potem w katechezach.
Mamy trochę problemów ostatnimi czasy z pogrzebami. Czy tradycyjnie, czy też spopielenie zwłok? Na ten temat wypowiedzieli się nasi biskupi w czytanym liście pasterskim. Nie ma potrzeby powtarzać raz jeszcze. Starczy wiedzieć, że nie ma zakazu, o ile nie wybiera ktoś spopielenia z pobudek przeciwnych wierze. Nie ma co się buntować również za bardzo, gdy ktoś świadomie wybiera taką formę swego pochówku. Jest to chyba w duchu tego, co mówi Pan Jezus: Ciało na nic się nie przyda. A może nie jest takie całkiem głupie powiedzenie zasłyszane kiedyś: „Gdzie chcesz być pochowany? Jeśli Pan Bóg istnieje, to jest mi to obojętne! A jeśli nie istnieje? – To tym bardziej jest mi obojętne!” To jakoś koresponduje z tym, co mówiła święta Monika:„Ciało złóżcie gdziekolwiek, z tym się nie kłopoczcie; o jedno tylko proszę, abyście wszędzie, gdzie będziecie, pamiętali o mnie przy ołtarzu Pańskim”.
To prawda, że Pan Bóg sobie poradzi z naszym zmartwychwstaniem, niezależnie od tego, czy ciało zostanie pogrzebane, czy spalone. Chodzi jednak o nas, żyjących, o nasz stosunek do ludzkiego życia i śmierci. Nasze obyczaje kształtują naszą świadomość i odwrotnie. Jeśli w grobie spocznie ciało, to staje się ono miejscem, które pełni rolę symbolu zmarłej osoby, jest śladem przypominającym o jej trwaniu, jest miejscem modlitwy i nadziei. Powie ktoś i będzie miał rację, że takim samym miejscem może być złożona urna. Mamy zadbać o to, by pogrzeb odbył się w zgodzie z wytycznymi Kościoła, choć czasem bywa to bardzo trudne. Bo życie i sytuacje duszpasterskie są bogatsze niż przepisy.
Gdyby prześledzić Pismo Święte, to mamy wiele sytuacji, gdzie odbywa się pogrzeb. Czasem jest to wyraz czci dla władcy czy proroka, czasem zaś uczynek miłosierny, jak to, co czynił stary Tobiasz. Niewątpliwie takim samym uczynkiem było zdjęcie z Krzyża i pogrzeb Jezusa.
Zadbać o duszę przed śmiercią – to będzie najważniejsza rzecz!
Raz jeszcze wypadnie mi odwołać się do doświadczeń z prowadzenia pogrzebów. Ilość kwiatów i wieńców bywa czasem tak ogromna, że nie ma kto tego nieść. Firma pogrzebowa ma problem, bo nie za bardzo jest jak to wszystko przewieźć. Pytanie, czy nie za późno na te kwiaty? Może warto zastosować radę pewnego proboszcza: „Kwiaty dawajmy sobie za życia”. Może rzeczywiście trochę inaczej wyglądałoby nasze życie z bliźnimi, gdyby te wszystkie kwiaty, które potem nosimy latami na groby, otrzymali nasi bliscy za życia. Czy też tak hojnie obdarzamy zmarłych modlitwą jak dekoracją?
Śmierć chrześcijanina rodzi nadzieję silniejszą niż ból rozstania.
Rozstanie zawsze jest smutne, rodzi większy lub mniejszy ból, ale przez niego przebija nadzieja na ponowne spotkanie. Podobnie jest i ze śmiercią – przyjdzie czas, gdy spotkamy się z bliskimi w wieczności.
Nie można więc pogrążać się w żałobie, jak ci, co nie mają nadziei – pisał święty Paweł do Tesaloniczan.
Dlatego z pewnym niesmakiem widzimy na pogrzebach chrześcijan oznaki rozpaczy, zawodzenia i spazmy. Tym bardziej, jeśli jest to trochę na pokaz, bo na przykład rodzina niezbyt interesowała się zmarłym za życia.
Kończąc, chcę posłużyć się opowieścią wyczytaną w Internecie.
Taksówkarz został wezwany do klienta. Okazało się, że to staruszka udająca się do hospicjum. Chciała ostatni raz zobaczyć miasto, więc kazała jechać nie najkrótszą drogą. Wyłączył taksometr i kilka godzin jeździł z nią po Nowym Jorku. Kończy swą opowieść słowami: „Myśląc o tym teraz, nie sądzę, abym zrobił coś ważniejszego w całym swoim życiu. Jesteśmy uzależnieni od poszukiwania emocjonujących zdarzeń i pięknych chwil, którymi staramy się wypełnić nasze życia. Tymczasem piękne chwile mogą przydarzyć się nam zupełnie nieoczekiwanie, opakowane w to, co inni mogą nazwać rutyną. Nie przegapmy ich”.
To też może dotyczyć uczynków miłosierdzia. Nie przegapmy takich chwil, a Maryja niech nam w tym pomaga nieustannie.
Ks. Damian Kurek
Chorych nawiedzać – to kolejny temat, nad którym przychodzi nam się zatrzymać.
Być może, gdyby dziś formułowali ten uczynek nowocześni, otwarci, ci spod zawłaszczonej i przez to przekłamanej tęczowej flagi, to pewnie by powiedzieli, że uczynkiem miłosierdzia będzie kupno biletu do Holandii. A gdyby chory zapytał, dlaczego tak tanio, odpowiedź brzmiałaby: „No bo to bilet w jedną stronę…”
Z drugiej strony, już bez żartów i złośliwości, to, co dzieje się dziś w polskiej służbie zdrowia, wcale nie jest tak dalekie od ponurego obrazu.
Wstrzyknąć coś albo nie podać koniecznego leku – czy to taka wielka różnica?
Odesłać ciężko chorego do domu albo nie przyjąć do szpitala, bo „nie rokuje nadziei”. Trudno też pogodzić się na przykład z faktem, że rodziców z chorym dzieckiem przychodnia odsyła do szpitala, ten zaś – nawet nie badając dziecka – odsyła do następnego, odległego o 70 kilometrów.
Ilu z nas spotkało się z takimi czy podobnymi sytuacjami?
Ale jest i odwrotna strona medalu.
W jaki sposób my, katolicy, zachowujemy się choćby w kolejkach do lekarzy? Jakie tam wtedy padają słowa, jaka miłość bliźniego…? Aż uszy więdną, a co bardziej wrażliwi wstydzą się takiego chrześcijaństwa. Może zatem przy okazji zróbmy sobie i taki rachunek sumienia.
Kiedyś, gdy technika nie była aż tak rozwinięta i kontakty były bardziej osobiste niż wirtualne, gdy dziecko zachorowało i było nieobecne w szkole, koledzy, koleżanki odwiedzali, opowiadając, co w szkole, przynosząc zeszyty, by przepisać to, co było na lekcjach, aby zaległości nie rosły. Dziś jest łatwiej, bo komórki, bo maile, profile społecznościowe i… nie ma czasu na osobiste wizyty.
W świecie ludzi dorosłych wygląda to już nieco inaczej.
Więcej wiemy, rozumiemy, choroby robią się bardziej skomplikowane. Jak rozmawiać na przykład z chorym na raka w stadium zaawansowanym? Pocieszać w stylu „wszystko będzie dobrze”? Czy wprost przeciwnie – mówić prawdę, odbierając całkowicie nadzieję?
Być może mamy jeszcze w oczach postać świętego Jana Pawła II, który od początku pontyfikatu spotykał się z chorymi, nie lękał się do nich zbliżyć, pocieszać, ale i prosić ich właśnie o modlitwę, o ofiarowanie swego cierpienia w intencjach Kościoła. Nie na darmo mówił, że chorzy są „skarbem Kościoła”. Pisał również orędzia na Światowe Dni Chorych oraz specjalny list do tychże.
W jednym z orędzi mówił: „Specyficzną cechą ludzkiego cierpienia jest indywidualność i niepowtarzalność jego przeżywania. Każdy człowiek cierpi w swoisty, tylko jemu właściwy sposób. Istnieje mimo to wiele cech wspólnych wszystkim cierpiącym ludziom. Ludzie cierpiący upodabniają się do siebie podobieństwem sytuacji, doświadczeniem losu, potrzebą zrozumienia i troski, a nade wszystko chyba natarczywym pytaniem o sens. Towarzyszy im zawsze trudne do przezwyciężenia poczucie samotności i niezrozumienia ich wewnętrznych przeżyć. Człowiek cierpiący nieustannie potrzebuje drugiego człowieka, potrzebuje ludzkiego serca i ludzkiej solidarności”.
Nie każdy potrafi z pewnym humorem, jak choćby ksiądz Jan Twardowski, zauważyć: „Znowu przyszła do mnie samotność, choć myślałem, że przycichła w niebie. Mówię do niej:– Co chcesz jeszcze, idiotko?A ona:– Kocham ciebie”.
W liście apostolskim „Salvificidoloris” Jan Paweł II pisał:„Świat ludzkiego cierpienia przyzywa niejako bez przestanku inny świat: świat ludzkiej miłości – i tę bezinteresowną miłość, jaka budzi się w jego sercu i uczynkach, człowiek niejako zawdzięcza cierpieniu. Nie może człowiek: «bliźni» wobec niego przechodzić obojętnie”.
Mędrzec Pański pisał: „Nie ociągaj się z odwiedzeniem chorego człowieka, albowiem za to będą cię miłować”(Syr 7, 35).
Wiemy dobrze, jak to bywa z chorymi i odwiedzinami. Gdy choroba się trafi, to zwykle zjawia się wielu chętnych do odwiedzin, pocieszania. Gorzej, gdy ta choroba trwa dłuższy czas. Wtedy człowiek nierzadko zostaje sam na sam ze swoją chorobą, podobnie jak i rodzina chorego. Wówczas dla takiego chorego czy chorej jedyną radością bywają odwiedziny, jakie im składa sam Jezus. Przychodzi w Komunii Świętej, na przykładw każdy pierwszy piątek miesiąca. Ileż razy słyszymy właśnie to: „Jak dobrze, że Pan Jezus jest ze mną...”.
Boli to, gdy chorym rodzina nie zapewnia takich odwiedzin, gdy się boją, że to od razu musi być koniec, gdy nie rozmawiają z chorymi o religijnym przeżywaniu choroby i cierpienia. Pamiętam, jak kiedyś wezwano mnie do chorego. Z rozmowy nie wynikało, by to sam chory prosił, zatem dopytałem – czy chory w ogóle wie, że ksiądz ma przyjść. Padła odpowiedź: „No, wnuczek mu mówił, my się jakoś boimy”. A wnuczek był w klasie drugiej. Potem się okazało, że całkiem niepotrzebnie się bali, bo chory w sumie czekał, ale nie bardzo wiedział, jak powiedzieć rodzinie. I takie to są sytuacje w naszych katolickich domach.
Skoro doszliśmy do takich poważnych spraw, pora na słów kilka o sakramencie chorych. By nie wymyślać nic swojego, zacytuję zdania Kościoła. W Kodeksie Prawa Kanonicznego podano.
Kanon 1004 paragraf 1: „Namaszczenia chorych można udzielić wiernemu, który po osiągnięciu używania rozumu, znajdzie się w niebezpieczeństwie śmierci na skutek choroby lub starości”.
Kanon 1004 paragraf 2: „Sakrament ten wolno powtórzyć; jeśli chory po wyzdrowieniu znowu ciężko zachoruje lub jeśli w czasie trwania tej samej choroby niebezpieczeństwo stanie się poważniejsze”.
Tu nie mogę się powstrzymać od mojego komentarza, bo czasem wydaje mi się, że sakrament chorych bywa nadużywany zwłaszcza przy okazji Światowego Dnia Chorych czy też mnożących się coraz bardziej „Mszy Świętych o uzdrowienie”. Tłumaczenie sobie, że każdy na coś jest chory, to w świetle przepisu prawa za mało – nie każda choroba zagraża życiu. I jeszcze jeden przepis prawny.
Kanon 1007: „Nie wolno udzielać namaszczenia chorych tym, którzy uparcie trwają w jawnym grzechu ciężkim”.
Maryjo, którą przyzywamy jako uzdrowienie chorych, wstawiaj się za tymi, którzy są chorzy, ale pomagaj też tym, co spełniają uczynek miłosierdzia.
Ks. Damian Kurek
Bracia i Siostry w Chrystusie Panu,
By już swoistej tradycji stało się zadość, na początek dwa obrazki z życia…
Pewnie każdy, kto ma więcej niż 40 lat, pamięta – a inni mogą wiedzieć ze zdjęć – jak w więzieniu spotkali się ofiara i niedoszły zabójca.
To święty Jan Paweł II i Mehmed Ali Agca. Jeden przynosi pocieszenie, drugi dziwi się, że można było po takich strzałach przeżyć. Abstrahując od politycznego wyrachowania drugiej strony, bez wątpienia akt papieski wynikał z miłości bliźniego – miłości nawet nieprzyjaciół. Stadelheim to więzienie w Monachium, gdzie sporo lat temu pewnemu kapłanowi dane było raz jeden jedyny pełnić posługę wobec osadzonych tam Polaków. Wrażenie niebywałe, gdy spowiadał uważnie obserwowany przez strażników, a potem była Msza Święta, a w kaplicy również strażnicy i to z długą bronią. To spotkanie przed Bożym Narodzeniem było dla więźniów duchową pociechą. Jednocześnie trochę polskich gazet i czasopism przyniesionych przez niego dawało im jakąś namiastkę łączności – po pierwsze ze światem spoza krat, a po drugie z Polską. Przyznaje, że z uczuciem ulgi opuszczał ten kompleks budynków za wysokim murem.
Więźniów pocieszać to kolejny z uczynków miłosierdzia, nad którym się zatrzymujemy.
Nie brakuje w Biblii przykładów ludzi uwięzionych. Począwszy od Józefa egipskiego, który sam wtrącony niesłusznie do więzienia potrafił pocieszać swoich współtowarzyszy niedoli. Nie mniej wycierpieć musiał prorok Jeremiasz, bo miał inną wizję ocalenia Jerozolimy. Wielka polityka i – jak się potem okazało – zgubna krótkowzroczność króla doprowadziła do uwięzienia proroka. Jednak nawet tam potrafił zachować wolność ducha i gdy nadarzyła się okazja, wyłożył królowi, co byłoby najlepsze i czego oczekuje Bóg.
Nie wiemy wiele o pobycie w więzieniu Jana Chrzciciela, choć wiemy, że wylądował tam, bo się naraził władcy.
Pocieszył go sam Jezus, gdy posługując się proroctwem Izajasza, oznajmił posłańcom, kim jest. Natomiast o świętym Pawle możemy spokojnie powiedzieć, że czas spędzony w więzieniach dobrze wykorzystał. Owocem tego są tak zwane listy więzienne napisane do Efezjan, Kolosan, Filipian i Filemona. Sam uwięziony myślał o tych, którzy dzięki niemu uwierzyli w Jezusa Chrystusa, i dbał, by ten młody Kościół nie doznał żadnego uszczerbku.
Oczywiście różne mogą być powody uwięzienia.
Więźniowie kryminalni – zasłużenie siedzą i nie mają powodu do chluby i chwały. Ponoszą zasłużoną karę i dobrze by było, gdyby umieli powiedzieć jak ów łotr na krzyżu: Słusznie ponosimy zapłatę za nasze czyny…
Więźniowie polityczni – tu już sprawa winy i słuszności jest bardziej skomplikowana. Tak naprawdę nie powinno być więzionych za poglądy polityczne, ale jak wiemy, żadna władza nie kocha tych, co ją krytykują i wytykają błędy, zaniechania czy wprost zbrodnie. Mamy duże doświadczenia z więźniami politycznymi w naszej Ojczyźnie. Jedni już nie chcą o tym pamiętać, inni wciąż czekają na jakąś pociechę czy formę zadośćuczynienia, jeszcze inni przeszli na stronę dawnych prześladowców, popijając z nimi i biesiadując. Ci, ku zdumieniu wielu, sami się pocieszyli.
Starożytni owiedzieliby corruptiooptimipessima – „zepsucie najlepszego jest najgorsze” ... Obserwujemy to na ekranach telewizorów.
W czasach nam bliższych, choć też już na szczęście historycznych, jawi nam się postać wielkiego Prymasa Kardynała Wyszyńskiego.
Uwięziony został za to, że nie godził się składać rzeczy Bożych na ołtarzach cezara – upokarzany przez tych, co to niby nieśli na swych sztandarach równość i wolność. Jak sam pisze, w chwili aresztowania w jego obronie stanął jedynie pies. Potem pociechą mu był Bóg, możliwość sprawowania Eucharystii, książki i program dnia. Wielką pociechą w tym uwięzieniu były listy, jakie od czasu do czasu otrzymywał od swego ojca. W wigilię Bożego Narodzenia 1953 roku zapisał: „Listu od Ojca na święta nie otrzymałem, choć trudno mi to sobie wyobrazić, by paczka była wręczona bez listu.Ale tę chęć okazania mi swej przewagi wybaczam moim opiekunom.Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził”. Jakże bliskie jest to temu, co przeżył swego czasu inny Polak, być może dlatego, że nie dał łapówki temu, co trzeba, i temu, co chciał. Zniszczono potem jego firmę, ale on sam nie dał się zniszczyć. A pomocą i pociechą był mu obrazek Jezusa miłosiernego i powtarzane w celi słowa – „Jezu ufam Tobie”.
Przywołani tu zostali niesłusznie uwięzieni. Ale przecież wiemy dobrze, że więzienie to jednak najczęściej zasłużona kara za uczynione zło. Zatem pocieszanie i odwiedzanie więźniów musi wypływać z głębokiej wiary w to, że Bóg nie chce śmierci grzesznika, ale by się on nawrócił. Pełnienie tego uczynku miłosierdzia winno prowadzić więźnia do zrozumienia, że jeśli była wina, to musi być kara, ale to nie znaczy, że ludzie i Bóg o nim zapomnieli. Pocieszać to nie znaczy bagatelizować sytuację, a tym bardziej rozbawić. Prawdziwa radość może być tylko następstwem, a nie przyczyną czegokolwiek, następstwem nadziei, że zawsze można zacząć od nowa, ponieważ Bóg właśnie na to czeka. I uprzedza czyny człowieka swoim miłosierdziem.
O jednych jeszcze więźniach wspomnieć koniecznie trzeba, choć ich bardzo trudno pocieszać. Oni tej pociechy – jak im się wydaje – nie potrzebują. To więźniowie własnych przekonań, albo lepiej mówiąc, własnej nieomylności.
Jedno tylko uwięzienie jest dla człowieka jednocześnie źródłem siły i powodem do chwały – bycie pochwyconym i uwięzionym przez Jezusa: A zatem zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, jakim zostaliście wezwani. Tak pisał święty Paweł do Efezjan. Wcześniej w podobnym duchu wyrażał się wspomniany Jeremiasz, mówiąc do Boga: Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść, ujarzmiłeś mnie i przemogłeś.
Błogosławiony […] Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce, pociechą, której doznajemy od Boga(2 Kor 1, 3nn).
Maryjo, bądź pociechą wszystkim uwięzionym, a zwłaszcza tym, którzy niesłusznie i niesprawiedliwie cierpią pozbawieni wolności.
Pozostajemy w nurcie uczynków miłosierdzia co do ciała.
Nurt nie musi oznaczać od razu lania wody, choć nie udało się tego uniknąć przed tygodniem.
To tak trochę żartem…
Dziś podejmujemy refleksję nad kolejnym – „nagich przyodziać”.
Żyjemy w takim klimacie i w takiej kulturze, że odzienie jest potrzebne.
Gdybyśmy mieszkali w amazońskiej dżungli, byłoby inaczej, co można wyczytać czy zobaczyć w rozmaitych książkach, reportażach, filmach, ot, choćby w książkach pana Wojciecha Cejrowskiego. Tam, jeśli Indianin ubrał spodenki, przestawał być „dziki”; jeśli chciał wejść do wioski dzikich, musiał spodenki zdjąć. Można sobie wyobrazić, na jakie trudności natrafiłby ten, co by chciał za wszelką cenę wprowadzić w życie ten uczynek miłosierny. Być może skończyłoby się jak kilkadziesiąt lat temu u Papuasów. Rozdawano garderobę, nieprzystosowaną do klimatu i na siłę tych ludzi ubierano. Zakrywano nagość, która w oczach ubierających została uznana za budzącą pożądanie. Od tego czasu zaczął panoszyć się świerzb, grzybica, łuszczyca, rak piersi u kobiet. Czy zatem ten uczynek miłosierdzia dotyczył i tamtych ludzi?
Zostawmy na razie Indian czy Papuasów, bo jednak jesteśmy w Polsce, gdzie jako tako umiemy i chcemy się ubierać i potrafimy też dzielić się tym, co mamy.
Dziś nierzadko to, co wyprodukowane – przeważnie w Chinach, bo przecież u nas się nie opłaca – jest zasadniczo jednorazowego użytku.
Raczej nie ponosi tego ktoś następny, chyba że kloszard. Chociaż nie zawsze tak było i nie zawsze tak jest. W rodzinach wielodzietnych młodsze dziecko nosi to, z czego starsze wyrosło.
Trudniej mają ci, co są rodzicami jedynaka, bądź jedynaczki, a już nie daj Boże, jak uwierzyli, że koniecznie muszą mieć najmodniejsze ciuchy. W krótkim czasie szafy pękają w szwach, a latorośl siedzi przed nią i mówi, że nie ma się w co ubrać! Niejedna mama ma za sobą takie doświadczenie i takie domowe boje – „Ja tego nie ubiorę! Ja w tym nie pójdę!” I mała albo nawet wielka wojna wybucha.
Nie każdy ma tyle szczęścia, by doświadczyć takiej sceny.
Dorastająca córka latem chce wyjść z domu do miasta ze znajomymi. Ot, taka sobie przechadzka bez wielkiego celu. Ubrała się i wychodzi, rzucając: „Mamo, to ja wychodzę!”.
Mama spojrzała kątem oka i spokojnym głosem powiedziała:
– „Tak nie wyjdziesz do ludzi”.
– „Ale dlaczego?”
–„Pomyśl sama!”
Chwila zastanowienia się i po niedługim czasie ubrana w koszulkę z krótkim rękawem wychodziła z domu.
Mama uznała, że poprzedni strój nie pasował do ludzi.
Na plażę, na jakąś wędrówkę po pustkowiach – owszem.
„Nagich przyodziać…”
Może czasem trzeba by taki uczynek spełnić wobec niektórych pań i dziewcząt wchodzących do kościoła. One bardziej „rozdziane” niż odziane. Widocznie zabrakło takiej mądrej, a spokojnej mamy, która powiedziałaby: „Tak nie wyjdziesz z domu, zwłaszcza do kościoła!”
Jakiś czas temu pewna pani w radiu mówiła o strojach na różne okazje.
Prowadzący audycję zapytał też o strój do kościoła w czasie wakacji. Pani poszerzyła nieco i dała mniej więcej taką radę: „Im więcej nałożymy ubrań do kościoła, tym lepiej. W kościele mamy dbać o duszę, zatem ciało powinno być zakryte”.
O mój Boże! To marzenie każdego proboszcza i każdego księdza na ślubach, chrztach czy też zwyczajnie, gdy ciepło na dworze.
Chyba trzeba by zastosować tę indiańską restrykcję – jeśli chcesz wejść do nas, musisz się stosownie ubrać. A może to jest tak, że uboga moralność, ubogie życie duchowe skutkuje skąpym ubraniem?
W naszej kulturze pozbawienie kogoś ubrania i wystawienie na publiczny widok najczęściej było chęcią głębokiego upokorzenia. Tak należy widzieć dziesiątą stację drogi krzyżowej: Jezus z szat obnażony.
Ale można i ubraniem kogoś wyszydzić. Wspomnijmy Jezusa ubranego w szkarłatny płaszcz, z trzciną w ręku i koroną na głowie.
Nie bez powodu w naszym języku funkcjonuje słowo „chamstwo”.
To wspomnienie biblijnej historii Noego, który doświadczył mocy wina albo też wina, które moc odbiera. A jako że człowiek nietrzeźwy kiepsko nad sobą panuje, tak i jemu zdarzyło się lec, jak go Pan Bóg stworzył. Synalek, o imieniu wtedy jeszcze neutralnym, zobaczywszy ojca, zamiast po cichu przykryć go, chciał zrobić z tego widowisko niemal publiczne. No i ostało nam się „chamstwo” do dziś.
Z jednej strony nierzadko ubrane w dobre garnitury i na stanowiskach, co możemy dość wyraźnie obserwować choćby w debatach sejmowych albo studyjnych. Z drugiej strony, jakaś część rozbiera się publicznie i dobrowolnie; jedni dla ideologii, inni dla zysku, a jeszcze inni obnażają się wewnętrznie, pokazując rozmaite brudy swego życia przeszłego albo i obecnego. Tym się żywią wszelkie kolorowe piśmidła, tak chętnie kupowane i czytane przez znaczną część naszego społeczeństwa, zwłaszcza tego młodego, wykształconego, z dużych miast, by posłużyć się tą dość wyrazistą frazą.
Wracając do naszego uczynku miłosiernego w sensie ścisłym, to wydaje się, że każdy może go spełnić. Wystarczy, jeśli jeszcze dobra używana, ale już niewykorzystywana odzież zamiast do kubła trafi do kogoś następnego. Tak było przed laty, gdy zachód odziewał nas Polaków, przy okazji robiąc porządki u siebie w szafach i garderobach. Niemniej wiele z tych ubrań było do wykorzystania i znam wielu takich, co w ciuchach z darów chodzili. Zresztą i dziś to się dzieje i niekoniecznie musimy się bardzo wstydzić zakupów w rozmaitych ciucholandach. Oczami wyobraźni widzimy betlejemską grotę, a w pamięci brzmią słowa kolędy: „Bo uboga była, rąbek z głowy zdjęła, w który Dziecię owinąwszy, siankiem je okryła”.
Prośmy Maryję, by nas uczyła, jak wprowadzać w życie miłosierdzie wobec tych, co cierpią niedostatek okrycia.
Jednocześnie byśmy sami umieli poprzestawać na tym, co nam faktycznie potrzebne.
Ks. Damian Kurek
Kolejna niedziela i nasze zastanawianie się nad uczynkami miłosierdzia.
Już mniej więcej wiemy, co trzeba, by nakarmić głodnych, ile troski trzeba, by nie zabrakło wody, czy wreszcie jak zadbać o odzienie dla tych, co go potrzebują.
Krok następny – przewidywalny – podróżnych w dom przyjąć.
Gdy się o tym mówi, pamięć podpowiada wigilijny stół i puste nakrycie dla ewentualnego wędrowca.
Inna rzecz, czy bylibyśmy w stanie przyjąć go, bo w nas jest sporo lęków przed obcymi i nieznanymi.
Dziś znów wspomnienia pewnego kapłana czy też doświadczenia. Najpierw z dość wczesnego dzieciństwa.
Wtedy po wsi chodzili tacy, co sprzedawali bądź naprawiali jakieś gospodarskie sprzęty. Ot, choćby koszyki, kobiałki, opałki i tak dalej. Pewnego razu zawędrował taki właśnie człowiek do nas. Coś tam ponaprawiał, a ponieważ nadchodził wieczór, poprosił o nocleg. Warunki mieliśmy takie, jakie mieliśmy, ale on powiedział, że wystarczy mu odrobina słomy i położy się w kuchni przy piecu i będzie dobrze. I tak się stało, jeszcze nam pokazał, jak uzyskuje z leszczynowych prętów cienkie listeweczki na kobiałki. Mnie w pamięci zapadło jednak coś innego. Ten obcy człowiek uklęknął przy tym swoim prymitywnym posłaniu i długo mówił swoje wieczorne pacierze. Zapamiętałem!
Teraz pewnie nie ma już takich wędrowców i fachowców… Dziś podróżowanie jest na pewno o wiele łatwiejsze niż było przez wieki, o wiele większe odległości możemy pokonać w krótszym czasie. Dlatego może mniej jest okazji, by praktykować ten uczynek tak na co dzień. Owszem, mają taką okazję ci, co mieszkają na trasach pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. Czynią to przez lata i jednakowo chętnie, serdecznie przyjmując utrudzonych wędrowców. Z czasem wytwarzają się swoiste więzi, znajomości i przyjaźnie, i z roku na rok ci sami goszczą tych samych. Być może byłoby im trudniej przyjmować wciąż nowych, ale bez wątpienia są oni w nurcie wypełniania tego miłosiernego uczynku. Tak zapewne latami całymi gościli pielgrzymów na święto Paschy mieszkańcy Jerozolimy i okolic. Czy było to całkiem bezinteresowne, to już inna sprawa.
Zapewne to samo działo się w czasie owego sławetnego spisu ludności, gdy zabrakło miejsca w gospodzie i konieczna była betlejemska grota. A potem ucieczka do Egiptu i tułaczka na obczyźnie. Potem była Betania, ale była i skarga – Syn Człowieczy nie ma gdzie głowy skłonić…
Może zatem, gdy dziś rozważamy ten uczynek miłosierdzia, trzeba spojrzeć nieco inaczej i szerzej. Bo czy nie są dziś na swój sposób podróżnymi, a czasem wprost bezdomnymi ci, co opuszczają swoją Ojczyznę w poszukiwaniu lepszych warunków życia? Oni są na pewno wciąż w podróży. I nierzadko do końca życia czują się obcymi i przybyszami. I znowu wspomnienie pewnego kapłana, dużo późniejsze od pierwszego, gdy pracował w Polskiej Misji Katolickiej w Monachium. Tam do siedziby misji często zgłaszali się ludzie po jakąś pomoc, czasem również prosili o nocleg. Nastał taki czas, gdy wyszło rozporządzenie odgórne, żeby nie przyjmować, bo jest już inne miejsce, gdzie mogą się zatrzymać.
I w takim właśnie czasie pojawia się trójka młodych ludzi. Przyjechali, miał na nich czekać ktoś, kto ich przyjmie. Niestety, ponieważ było święto, znajomy wyjechał i nie mają gdzie skłonić głowy. Znalazłem się między młotem a kowadłem. Zaufać, przyjąć, łamiąc zakaz, czy też odesłać gdziekolwiek? Zaryzykowałem i nie żałuję. Jeśli czegoś mogę w tym przypadku żałować, to tego, że nie przyszli na kolejną noc i – jak się potem dowiedziałem – spędzili ją na dworcu. Tak rozpoczęta znajomość przetrwała do dziś.
Iluż takich jest gdzieś tam w Anglii, w Irlandii, Niemczech czy Hiszpanii, czy jeszcze Bóg wie gdzie. Wyruszyli, by szukać lepszego życia, a czasem tylko warunków do życia i pracy, bo tu ich nie znaleźli. Nie negując tej przyczyny, warto może jednak zwrócić uwagę na jeszcze jedno – to swoista erozja wartości, w tym również patriotycznych, taki trochę brak poczucia przynależności do swojej ojczyzny. Z drugiej strony wiemy, że Polacy na emigracji potrafili pięknie zachowywać kulturę oraz wiarę. Dziś chyba nie jest już tak pięknie i to zarówno tam jak i tutaj.
Pewnie pamiętamy tę propagandę sprzed kilkunastu lat, gdy miało się odbyć referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej. Jednym ze sztandarowych argumentów było to, że będziemy mogli podróżować i zamieszkać w całej Unii Europejskiej. Gdy we Wrocławiu pewien kapłan wygłosił jakieś krytyczne zdanie, twierdząc, że emigracja nie jest szczytem szczęścia dla rodziny, zwłaszcza jeśli wyjeżdża jedno z rodziców – oberwało mu się, że taki niepostępowy jak Pawlak z „Samych swoich” …
Dziś jeszcze nieco półgębkiem, ale mówi się o tych, co pozostali. To tak zwane „eurosieroty”.
Może i takich trzeba by przyjmować, może nie tyle pod swój dach mieszkania czy domu, ile bardziej pod dach swego serca. To też będzie uczynek miłosierny, owszem, pewnie zahaczający o ten względem duszy, by strapionych pocieszać, ale można i trzeba nam tu pamiętać o takich, którzy czują się obcymi we własnym kraju, czasem we własnej rodzinie, która nie jest tą najbliższą, czyli matką i ojcem.
My, Polacy, wyjeżdżamy gdzieś tam i będziemy tam obcy, ale i do nas przyjeżdżają inni skądś tam, z bliższego czy dalszego wschodu. Spotykamy zwłaszcza w uniwersyteckich miastach wielu obcokrajowców. Inny wygląd, inny kolor skóry i inna kultura nie ułatwiają adaptacji w nowych warunkach. Wiele zależy wtedy od naszej akceptacji, od życzliwego spojrzenia i dobrego słowa.
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedno wydarzenie.
Uczniowie szli do Emaus smutni, bez nadziei. A w ich życiu stanął Chrystus, lecz Go nie poznali – jak śpiewamy w jednej z piosenek religijnych. Sami w drodze zapraszają Nieznajomego do stołu, by utrudzonemu – jak im się wydawało – Wędrowcowi ulżyć i usłużyć. Nie wiedzieli, że to oni zostaną o wiele bardziej ubogaceni. Zniknie ich rozgoryczenie i zawód, wszystko zamieni się w radość rozpoznania i spotkania.
Maryjo, która sama doświadczałaś bycia w podróży, dopomagaj tym, co w drodze.
Dopomagaj również tym, którzy mogą zaradzić ludzkim potrzebom, by nie lękali się otworzyć drzwi domu, a zwłaszcza serca dla przybyszów.
W nich przychodzi Twój Syn, a nasz Pan Jezus Chrystus.
Obyśmy zawsze o tym pamiętali.
Woda to źródło życia – bez wody nie ma życia.
Drugi z uczynków miłosierdzia daje nam okazję do swoistej pogadanki o tym, jak dziś w świecie gospodaruje się tym drogocennym, a właściwie bezcennym płynem. Wagę tej gospodarki rozumie każdy człowiek, tym bardziej ten, kto sam doświadczył braku wody. Trudniej pojąć w pełni ten problem ludziom, którzy nie doświadczyli poważnego braku wody.
Takie wspomnienie z życia pewnego kapłana.
Wiadomo, pochodzi ze wsi i to tej małopolskiej albo – jak kto woli – galicyjskiej. Mechanizacja rolnictwa 40 lat temu była, jaka była. Szło się do żniw z kosą, później nastąpił postęp i była kosiarka konna. Praca jednak była wystarczająco ciężka. Wtedy człowiek doświadczał, jakim skarbem jest łyk świeżej wody. Chodziło się po nią do studni albo piło prosto z takiego źródełka na lekko bagnistej łące. Nie było co grymasić i zastanawiać się, czy są jakieś bakterie w tej wodzie. Byle się napić, bo praca czekała dalej. I na to nakłada się wspomnienie z rekolekcji oazowych w Łomnicy, gdzie młodzież wolała kupować w sklepie wodę, niż pić darmo płynącą, czystą i w dodatku mineralną. Ot, nowoczesność.
Mówiąc o uczynku miłosierdzia: spragnionych napoić, koniecznie trzeba zauważyć dwie kobiety, żyjące w odstępie kilku wieków, a jednak do dziś przywoływane. Obie usłyszały: Daj mi się napić!
O kim mowa?
O wdowie z Sarepty Sydońskiej oraz o Samarytance.
Ta pierwsza to uboga wdowa, niemająca już niemal nic. Panująca susza doprowadziła do głodu, a ona uwierzyła, że podanie wody spragnionemu nieznajomemu naprawdę przyniesie jej Boże błogosławieństwo.
Druga to Samarytanka. Pewnie nie była bardzo biedna materialnie, ale na pewno bardzo biedna moralnie.
W obu przypadkach ten ich uczynek miłosierny (bo zapewne jednak i Samarytanka dała w końcu Jezusowi wody) został nagrodzony. Pan Bóg bowiem nie zostawia niczego bez nagrody.
Wiemy dobrze z ust samego Jezusa: „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody” (Mt 10, 42).
Mamy potężne dysproporcje w dostępie do wody oraz w jej zużywaniu w świecie. Półkula północna ma jej pod dostatkiem, ale gospodarka wodą bywa kretyńska, że aż tak się wyrażę. No bo jak inaczej ocenić to, co uczyniono swego czasu z Jeziorem Aralskim w dawnym ZSRR? Owszem, ono samo słone, ale jednak żywiło wielu ludzi, a wpadające do niego rzeki zapewniały ludziom byt. Dziś tam jest praktycznie pustynia i klęska ekologiczna.
Znowu można, a chyba nawet trzeba odwołać się do „pobożnych życzeń” ONZ, bo za takie należało już na starcie uznać założenie, że do 2000 roku zapewni się 50 litrów wody pitnej dziennie na osobę. I to na całym świecie! Założenie piękne, realizacja… jak zwykle. We wspomnianym 2000 roku w gospodarstwach domowych w Ameryce Północnej zużywano 280 litrów dziennie na osobę, w Niemczech – 130 litrów, a w Gambii czy na Haiti tylko 3! Na millenijnym szczycie w 2000 roku państwa członkowskie ONZ postanowiły znów, że do 2015 roku zmniejszą o połowę liczbę ludzi pozbawionych dostępu do wody pitnej. Jedną z dróg wytyczonych przez Światową Organizację Handlu miała być liberalizacja rynku wody. I jak można się domyślić… wzrosła cena wody, dla tych, co zapłacić mogą, a ci, co jej nie mieli, nadal nie mają. Naprawdę nie trzeba być wielkim ekspertem, by widzieć, że prawo zysku – czasem za wszelką cenę – bierze górę nad uczciwością, nie mówiąc o sprawiedliwości.
Aż się ciśnie na usta prorok Izajasz, bo można jego słowa i tu zastosować: „Nie będzie już głupi zwany szlachetnym ani krętacz mieniony wielmożnym. Bo głupi wygłasza niedorzeczności i jego serce obmyśla nieprawość, żeby się dopuszczać bezbożności i głosić błędy o Panu, żeby żołądek głodnego pozostawić pusty i spragnionego pozbawić napoju” (Iz 32, 1-6).
Żyjemy w środowisku, w którym nie brak nam wody. Możemy jednak spróbować wyobrazić sobie sytuację, co by się stało, gdybyśmy nie mieli dostępu do niej. Od strony życia biologicznego zostalibyśmy skazani na zagładę... I to w bardzo szybkim czasie! Być może wtedy byłaby walka nawet o kilka łyków wody! Być może mniej liczyłaby się moralna strona naszego życia! Każdy by walczył, by przetrwać „trochę dłużej” ... Być może nie umielibyśmy być takimi jak literacki Staś: «O, Nel! Jam udawał tylko, że piję! Ja od trzech dni nie miałem nic w ustach!». I chwyciwszy się rękoma za głowę, uciekł, by nie patrzeć na jej mękę.
Brak wody jest jeszcze bardziej dotkliwy niż brak pokarmu. Kiedy człowiek doświadcza pragnienia, pojmuje lepiej, jak wielkim darem jest ów ewangeliczny „kubek wody”. Doświadczają tego choćby pielgrzymi podążający latem na Jasną Górę z różnych stron Polski. Jednocześnie ci, którzy użyczają swoich domów czy też studni utrudzonym pielgrzymom, bez wątpienia są w nurcie uczynków miłosiernych. W podobnym duchu trzeba widzieć choćby czasy pamiętnych powodzi, gdy tylu ludzi pomagało poszkodowanym, bo mieli za dużo wody, ale brakło tej do picia.
Podczas spotkania z Samarytanką Jezus dobitnie pokazał, że sytuacja, w której człowiek cierpi pragnienie, pozwala mu dostrzec duchową rzeczywistość, jaką jest pragnienie Boga.
Psalmista tak to pokazuje: „Boże, Ty, Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody” (Ps 63,2). Prośba Jezusa o wodę przeradza się w dialog z Samarytanką o istocie wiary w Boga i czci w duchu i prawdzie (J 4,1-26).
Wydaje się, że gdy człowiek idzie z wiadrem wody czy innym dzbanem, to raczej chce jak najszybciej dotrzeć do domu, a nie rozmyśla i nie filozofuje. Samarytanka jednak musiała wiele razy dumać: „Jak by to było dobrze, gdybym nie musiała tu przychodzić…” Zaspokoić pragnienie bez konieczności wysiłku, trudu. My to dziś w większości mamy, ale czy jesteśmy przez to lepsi? Czy więcej myślimy o rzeczach i sprawach poważnych, tych ostatecznych. Czy w nas rodzi się pragnienie wieczności?
Niech Maryja pomaga nam przechodzić z tego poziomu doczesnego pragnienia na to wieczne pragnienie Boga.
Bracia i Siostry, uczynki miłosierdzia, albo jak czasem nazywamy je – uczynki miłosierne względem ciała, to temat naszych rozważań w bieżącym cyklu.
Po wstępnych uwagach na temat Bożego i ludzkiego miłosierdzia dziś idziemy do pierwszego z nich: głodnych nakarmić. Na początek dwa obrazki z doświadczenia pewnego kapłana. Kilka lat temu podjechał pod pewien sklep, taki nieco większy. Do samochodu podchodzi chłopiec 7- może 8-letni. Umorusana buzia, w ręku reklamówka. „Da mi pan na słodką bułkę!” On na to: „Wiesz, sam bym taką zjadł”. Na co chłopaczek otwiera reklamówkę i mówi: „Chce pan, bo mam już 4”. Okazało się, że ludzie nie dawali mu pieniędzy, ale kupowali bułkę i teraz nie wiedział, co z tym zrobić. Parę dni później, niemal w tym samym miejscu podchodzi pan, taki nieco „wczorajszy”, widać, że trunkowy, ale grzecznie prosi: „Niech pan mi kupi chleb”. Dobrze. Wchodzą do sklepu. „Który pan chce?” – zapytał. „Wszystko mi jedno, byle był!” Pani podała, a zanim zdążył zapłacić, on już go rwał na kawałki i jadł. Był naprawdę głodny.
Nikomu nie jest obce uczucie głodu, ale nam raczej w takim znaczeniu – „mam ochotę coś zjeść”. Nie doświadczamy raczej tego, co jest udziałem niestety potężnej części ludzkości.
Nie wystarczy wpisać w powszechnej deklaracji praw człowieka ONZ, że „każdy człowiek ma prawo do poziomu życia zapewniającego zdrowie i dobrobyt jemu i jego rodzinie, włączając w to wyżywienie, odzież, mieszkanie, opiekę lekarską i niezbędne świadczenia socjalne oraz prawo do zabezpieczenia na wypadek bezrobocia, choroby, niezdolności do pracy, wdowieństwa, starości lub utraty środków do życia w sposób od niego niezależny”. Ale potrzebne jest solidne współdziałanie i to bardzo szerokie. Dziś bowiem głód to nie tylko sprawa konkretnego głodnego człowieka, choć to winniśmy też zauważać, bo to nam najbliższe. Istnieje wiele różnych przyczyn niedostatku i głodu. Bywają one niezależne od człowieka, jak choćby katastrofy naturalne, klęski żywiołowe. Na mniejszym lub większym obszarze następuje wtedy gwałtowne załamanie produkcji żywności.
Oczywiście klęskom żywiołowym trudno zapobiegać, ale można przynajmniej minimalizować skutki. Niestety, ponoć nie ma pieniędzy, bardziej jednak chyba brak woli, by ludzi chronić – trudno o widoczne efekty. Nie obronimy się przed gradem, ulewą czy wichurą, ale przed płynącą wodą nieco można się obronić. Skoro jednak na nic nie ma pieniędzy… Mamy to, co mamy. Wielką politykę, gdzie mały człowiek się nie liczy.
Jeszcze większą przyczyną głodu jest strukturalna bieda. Pracujący zarabia tak mało, że nie potrafi utrzymać rodziny na odpowiednim poziomie. Tu koniecznie trzeba by wspomnieć o tej niesprawiedliwości, która niemal woła o pomstę do nieba. I myślę, że Pan Bóg o to się upomni kiedyś. Dotacja do produkcji żywności pozwala na to, by w sklepie było w miarę tanio. Co jednak jest skutkiem? Widzimy to doskonale na naszym polskim przykładzie po tak zwanej transformacji. Opłaca się sprowadzić zboże z Niemiec czy Francji, a nasze pola leżą odłogiem. Może gdyby nie te dotacje, to żywność pewnie byłaby droższa. Natomiast na pewno mniej byśmy jej marnowali.
Tu chcę się odwołać do wielkiego Prymasa Tysiąclecia, który mówił:
„Polska w tym wymiarze, w tym areale ziemnym, jaki posiada, może wyżywić sama nie 40, ale 80 milionów ludzi. […] Kraj, który był spichlerzem całej niemal południowej i północnej Europy, dzisiaj chodzi „po proszonym” z garnuszkiem od drzwi do drzwi. To jest anomalia!Czy wasza (rolników) praca może mieć przyszłość? Oczywiście! Bo to jest naturalna zemsta dziejów, że kraj rolniczy, w którym udręczono rolników, przestał żywić naród” (do rolników z „Solidarności” w 1981 roku).
Czy wiele się zmieniło teraz? Zamiast liczyć na siebie, wciąż liczymy na unijne dotacje, to jest teraz owo chodzenie „po proszonym”.
Jesteśmy chyba zbyt krótkowzroczni i zadufani w to, że zawsze tak będzie. To znaczy, że nie będzie kataklizmów, żadnych konfliktów ani wojny. Gdyby sobie tak wyobrazić, że wybucha wojna, toć w krótkim czasie nastaje potężny głód – i to również na wsiach.
Iluż ludzi żyje bez żadnych zapasów, bo po co, skoro można wszystko kupić każdego dnia? Ale co by to było, gdyby zabrakło gazu, prądu? Czy ktoś z nas próbuje to sobie wyobrazić i przewidzieć? Wiem, to takie katastroficzne wizje, ale przecież mamy i w Biblii słowa przestrogi: „Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo» – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada”. Wiem, że święty Paweł mówi to w kontekście dnia ostatecznego, ale w końcu dla każdego z nas moment śmierci jest dniem ostatecznym, dniem sądu.
Schodząc do naszej codzienności, spotykamy często zwłaszcza przed kościołami – ale nie tylko – ludzi żebrzących. Trudno wtedy rozeznać, czy jest to ktoś podobny do tego chłopaczka od słodkiej bułki, czy też jednak ten prawdziwie głodny. Roztropność jest nam potrzebna, by ktoś nie żerował na naszym litościwym sercu i żył jako obibok, co się żadną pracą nie skala. Czasem wystarczy zaproponować jakąś pracę do wykonania, by ten „głodny” przestał być głodny. W sumie jednak lepiej dać się naciągnąć niż odesłać kogoś faktycznie głodnego.
Istnieje jednak i inny głód i Ktoś inny zaradza tej potrzebie. Śpiewamy: „Ty sycisz głody ludzkich serc swym Ciałem i swą Krwią. O, przyjdź i daj nam, Panie nasz, Chleb życia ręką swą!”
Niech Matka Boża wspiera nas w naszym dziele miłosierdzia, ale niech również pomaga nam zachować zdrowy rozsądek i mądrość, byśmy jako naród nie stawali się żebrakami, ale umieli wykorzystać Boże dary.
Ks. Damian Kurek
Drodzy czciciele Matki Bożej Wniebowziętej… Próbujemy podjąć następny cykl katechez.
Temat od zawsze i na zawsze aktualny, choć w różny sposób praktykowany przez konkretnych ludzi, czasem przez społeczność. Czasem łatwiej zauważalne, czasem spychane na margines. Słowo znane od dawna, ale w ostatnich czasach szczególnie wyakcentowane. Rzeczywistość, która kryje się pod tym terminem, może dotyczyć doczesności, tego, co materialne, jak również tego, co tyczy ducha. Mało tego, sięga aż po wyżyny samego Boga. Bo od Niego uczymy się miłosierdzia.
Kiedy weźmiemy do ręki Pismo Święte, to w wielu miejscach możemy znaleźć słowo miłosierdzie, miłosierny. Pojawia się ono w różnych księgach, zarówno w Starym, jak i w Nowym Testamencie. Łącznie ponad 120 razy.
Pierwszy raz słowo miłosierdzie pojawia się w Biblii w historii Józefa, tego sprzedanego w nie olę do Egiptu przez braci.
Powie autor natchniony: Pan był z nim (Józefem), okazując mu miłosierdzie, tak że zjednał on sobie naczelnika więzienia (Rdz 39, 21). Natomiast słowo miłosierny pierwszy raz jest użyte w Biblii w opisie objawienia się Boga Jahwe Mojżeszowi, gdy Pan przeszedł przed Mojżeszem i wołał: Jahwe, Jahwe, Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność, zachowujący swą łaskę w tysiączne pokolenia, przebaczający niegodziwość, niewierność, grzech, lecz nie pozostawiający go bez ukarania (por. Wj 34, 6-7). Potem te słowa używane są w różnych sytuacjach i kontekstach. Wiemy doskonale, że zarówno wtedy, jak i dziś kojarzą się z czymś dobrym. Zawierają te słowa w sobie taki emocjonalny ładunek, bardzo pozytywny, podobnie dzieje się, gdy wypowiadamy słowo miło czy też miłość. W normalnych warunkach zawsze to będzie niosło pozytywną treść, coś, co nas buduje, podprowadza blisko drugiego człowieka.
Można powiedzieć, że przez wieki całe czytano Pismo Święte, a jednak bardziej eksponowano Bożą sprawiedliwość niż miłosierdzie.
Owszem, zawsze w nauczaniu Kościoła było obecne miłosierdzie Boże, które w sposób szczególny rozlewa się w sakramencie pokuty, ale potrzeba było dopiero prostej zakonnicy i specjalnej ingerencji Jezusa Chrystusa – o czym przypomnieli również biskupi polscy w liście czytanym swego czasu w naszych kościołach – by to Boże miłosierdzie na nowo zostało dostrzeżone i odczytane.
Ma Bóg do człowieka swoje drogi, które nie zawsze są łatwe do dostrzeżenia, a nawet jak je się dostrzeże, to nie zawsze chcemy akceptować. Dopiero jakiś impuls, jakiś szczegół sprawia, że zaczynamy konkretną rzeczywistość dostrzegać.
Tak było i z miłosierdziem.
Przecież w Liście świętego Pawła do Efezjan od początku były słowa o Bogu bogatym w miłosierdzie, który zbawia nas swoją łaską. Jednak dopiero po ogłoszeniu encykliki świętego Jana Pawła II o miłosierdziu Bożym „Dives in misericordia” – wielu jakby otworzyło oczy i faktycznie zaczęliśmy dostrzegać to, co powinno być jasne i zrozumiałe już dawno. Potrzebujemy bowiem – jak kiedyś naród wybrany i jak potem apostołowie – takich szczególnych znaków.
Potrzebna była ta encyklika, potrzebne było sanktuarium w Łagiewnikach, potrzebne było wyniesienie do chwały ołtarzy świętej Faustyny Kowalskiej, potrzebne wreszcie było ustanowienie oddzielnego święta Miłosierdzia Bożego, byśmy jako ludzie przełomu wieków i tysiącleci na nowo zwrócili się do bogatego w miłosierdzie Boga.
Jak powiedział święty Jan Paweł II przy poświęceniu sanktuarium w Łagiewnikach, „nie ma dla człowieka innego źródła nadziei poza miłosierdziem Bożym”.
Nam jednak w czasie nadchodzących rozważań będzie bardziej chodziło o to miłosierdzie w ludzkim wykonaniu.
Z nauki katechizmu znamy tak zwane uczynki miłosierne względem ciała oraz względem duszy.
Spróbujemy się im przyjrzeć nieco bliżej, szukając wiadomości o nich w Katechizmie Kościoła Katolickiego, ale nie tylko.
Katechizm wymienia te uczynki w rozdziale czy też w artykule omawiającym VII przykazanie Dekalogu: „Nie kradnij!”.
Po omówieniu własności prywatnej, nauki społecznej Kościoła oraz sprawiedliwości i solidarności między narodami, katechizm mówi o miłości ubogich. Właśnie w tym miejscu wymienia wspomniane dzieła miłości, jak je nazywa.
Najpierw warto sobie uświadomić, że owe uczynki miłosierdzia względem ciała niemal wszystkie są wymienione przez Jezusa wtedy, gdy mówił o sądzie ostatecznym.
Owo pamiętne: Byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić… (por. Mt 25, 35)
Już wcześniej znajdziemy u Izajasza, czytane u początku Wielkiego Postu: Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, wprowadzić w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków (Iz 58, 6-7).
Zauważamy, że w Kościele często posługujemy się liczbą „7”, co zostało przejęte z Biblii.
Mamy zatem 7 sakramentów świętych, 7 darów Ducha Świętego, 7 cnót (gdy zsumujemy Boskie i kardynalne), 7 grzechów głównych. W tym samym kluczu liczby doskonałej trzeba widzieć stworzenie świata w 7 dni.
Tak, wiem, że Pan Bóg pracował 6 dni, ale ten dzień odpoczynku też się wlicza przecież do tygodnia.
Żeby zatem dopełnić tę liczbę, do tych wymienionych przez Jezusa dodano jeszcze grzebanie umarłych. Nie trzeba wielkiego wysiłku, by znaleźć w Piśmie Świętym pochwałę takiego czynu.
Przecież stary Tobiasz nieco innego czynił. Mimo zakazu króla Sennaheryba, grzebał potajemnie tych zabitych z rozkazu króla. To mu zostało policzone jako dobro i, mimo bolesnego doświadczenia, wszystko skończyło się szczęśliwie dzięki Bożej Opatrzności i opiece archanioła Rafała nad synem w podróży.
Będziemy, pod czujnym okiem naszej Matki Wniebowziętej, szukać sposobów, jak dziś wypełniać te uczynki miłosierdzia. Jeśli Pan pozwoli, zatoczymy nieco szersze kręgi niż tylko to, co widać na pierwszy rzut oka. Tak czy inaczej, mamy się starać w swoim życiu być nieco podobni do biblijnego Tobiasza, ale i innych, co przejęli się słowem Boga.
Ks. Damian Kurek
Wielki Post jest czasem powrotu do Ojca. On czeka na Ciebie z otwartymi ramionami.
Kuszenie Chrystusa
Przed rozpoczęciem publicznej działalności Jezus przebywał 40 dni na pustyni, gdzie był kuszony przezszatana.
W nawiązaniu do czterdziestodniowego przebywania Jezusa na pustyni także okres Wielkiego Postutrwa 40 dni.
Święty Marek Ewangelista:„Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez szatana i był ze zwierzętami, aniołowie zaś Mu służyli”(Mk 1, 12–13).
Znaczenie Wielkiego Postu
Wielki Post to czasskupienia, wyrzeczenia, pokuty. Przygotowuje do przeżycia największych wydarzeń chrześcijaństwa – Męki, Śmiercii Zmartwychwstania Chrystusa.
Środa Popielcowa – początek Wielkiego Postu
W tym dniu w czasie Mszy Świętej kapłan posypuje głowy wiernych popiołem, wypowiadając ewangeliczną formułę: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” lub słowa:„Prochem jesteś i w proch się obrócisz”. Słowa te przypominają, że Wielki Postma być czasem nawrócenia.
Szczególne wezwania Wielkiego Postu:
- praktykowanie najważniejszych dobrych uczynków: modlitwy, postu i jałmużny,
- powstrzymywanie się od uczestniczeniaw zabawach,
- zachowywanie postu ścisłego (ilościowy i jakościowy) w Środę Popielcową i Wielki Piątek,
- udział w rekolekcjach wielkopostnych, którym powinien towarzyszyć sakrament pokuty i pojednania oraz przyjmowanie Komunii Świętej.
Liturgia Wielkiego Postu
W okresie Wielkiego Postu następują ważne zmiany w liturgii:
- szaty liturgiczne mają kolor fioletowy,
- nie odmawia się hymnu „Chwała na wysokości Bogu”,
- zamiast „Alleluja” są śpiewane słowa„Chwała Tobie, Słowo Boże” lub „Chwała Tobie, Królu wieków”.
Droga Krzyżowa
Rozważanie Męki Chrystusa w połączeniu z przejściem symbolicznej drogi wytyczonej 14 krzyżami (tak zwane stacje), które obrazują związane z nią wydarzenia. Nabożeństwo drogi krzyżowej jest odprawiane w każdy piątek Wielkiego Postu lub także w inne dni.
Gorzkie Żale
To nabożeństwo powstałe w Polsce na przełomie XVII i XVIII wieku. Jest to rozważanie Męki Chrystusa połączone z wystawieniem Najświętszego Sakramentu oraz z tak zwanym kazaniem pasyjnym (dotyczącym Męki Chrystusa).
W każdą niedzielę Wielkiego Postu odprawia się jedną z trzech części tego nabożeństwa.
W wielu parafiach gorzkie żale są śpiewane także w Wielki Piątek.
Modlitwa
Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie...
Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Ciebie zobaczę,
Chrystusie...
I taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie,
Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy – serce mi pęknie,
Chrystusie...
(Julian Tuwim, „Chrystusie...”)
Ks. Damian Kurek
Święty Augustyn powiedział takie słowa: „Ani miłości bez nadziei, ani nadziei bez miłości, ani jedno, ani drugie bez wiary”.
Dwa tygodnie temu nasze rozważanie poświęciliśmy nadziei, cnocie, która sprawia, że w chwilach trudnych zawsze widać światło nieba. Dziś, kontynuując nasz cykl rozważań nad cnotami teologalnymi, przyjrzymy się miłości, cnocie, która dla świętego Pawła Apostoła jest najważniejsza.
Słowo „miłość” jest słowem, które towarzyszy nam od najmłodszych lat.
Myślę, że nie ma takiego człowieka na świecie, który nie słyszałby o miłości. Gdyby przejrzeć, jaki jest temat przewodni wszystkich książek, wierszy, filmów, piosenek, to z pewnością najczęstszym wątkiem, który się pojawia, będzie miłość. Więc skoro tyle wiemy o miłości, tyle o niej mówimy, to dlaczego tak za nią tęsknimy, poszukujemy jej, mimo że potrafi nas zranić.
Współczesny świat nie zawsze rozumie, czym tak naprawdę jest miłość. Być może przyczyna tego jest taka, że z problemem miłości od setek lat próbują zmierzyć się ludzie, a jednak nie udało się nigdy ustalić idealnej definicji miłości.
Dla przykładu, według teorii biochemicznej, miłość powstaje w wyniku działania określonych neurohormonów; dla socjologa miłość istnieje po to, by służyć dobru gatunku; dla psychologa miłość zaspokaja podstawowe psychiczne potrzeby ludzi, takie jak oczekiwanie oparcia, więzi, bliskości...
Problem z określeniem, czym jest miłość, powoduje, że niewielu z nas może powiedzieć, że umie kochać ludzi.
Niewielu z ręką na sercu może powiedzieć, że zawsze jest dobrym mężem, ojcem, matką. Zbyt często odkrywamy, jak wiele nam brakuje do pełnej miłości i to nawet wobec najbliższych. Miłość to trudna sztuka i nieliczni otrzymują z niej ocenę bardzo dobrą. Najczęściej popełniany błąd polega na tym, że kochamy danego człowieka za późno. Kochamy wówczas, gdy go już zabrakło, gdy miłość staje się bólem straconej szansy.
Aby ustrzec się tego, trzeba odnaleźć źródło i wzór prawdziwej miłości.
Tym źródłem i wzorem jest Bóg. Święty Jan Apostoł w swoim liście pisze: „Bóg jest miłością. Kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim” (1 J 4, 16). Miłość Boga do każdego człowieka podpowiada nam, czym jest miłość. Bo miłość Boga jest nieskończona w swojej sile, wierności i przebaczaniu. Ta Boża miłość stała się widzialna, wyraziła się w sposób pełny i ostateczny w Jezusie Chrystusie, który umierając z miłości do nas na krzyżu, dał nam lekcję prawdziwej miłości.
Dobrze pasują tutaj słowa świętego Franciszka Salezego, który patrząc na krzyż, mówił, „że miarą miłości jest miłość bez miary”. Taka jest właśnie miłość Chrystusa do każdego z nas. Jest ona miłością bez granic. Nasza miłość w naszym życiu musi być na wzór Jezusa albo tej prawdziwej miłości nigdy nie będzie, a miłością będziemy nazywali jedynie przelotne uczucia.
Miłość Boża pokazuje nam, że jest ona nie tylko słowem czy proroctwem, ale także konkretnym czynem.
I miał w tym rację święty Bonawentura, który powtarzał, że „miłość nie może być bezczynna. Gdziekolwiek jest, tam okazuje się w czynach, bo miłość bliźniego ujawnia się w czynach miłosierdzia”.
Dobrą ilustracją tej prawdy jest opis śmierci papieża Innocentego III.
Oto do umierającego papieża przychodzi Franciszek z Asyżu. Widzi papieża w agonii, gorączce i lęku przed zbliżającą się śmiercią, więc pyta:
„Ojcze święty, powiedz coś uczynił w życiu?”
– „Wysoko wyniosłem powagę tronu papieskiego” – odpowiedział papież.
– „To za mało” – mówi Franciszek. – „Coś jeszcze uczynił?”
– „Organizowałem krucjaty, starałem się odbić grób Chrystusaz rąk mahometan”.
– „To mało. Coś jeszcze uczynił?” – dopytuje biedaczyna z Asyżu.
Papież posmutniał jeszcze bardziej. Po jego zmęczonej twarzy spłynęły łzy. Szukał w swojej pamięci dobrych uczynków i z trudem rzekł:
– „Budowałem kościoły, zakładałem klasztory”.
Jednak ta odpowiedz nie dawała mu spokoju. W końcu rzekł:
– „Dom mój był zawsze otwarty” – powiedział cicho. – „Każdy biedny, chory, każda wdowa i sierota mogli przyjść i posilić się z mojego stołu”.
– „To dużo, tak bardzo dużo” – zawołał Franciszek. – „Ojcze, nie bój się śmierci. Dobry Bóg czeka na ciebie ze swoją nagrodą”.
Jakość naszej miłości jest sprawdzana przez konkretne czyny.
Miłość chrześcijańska nie jest tylko teorią, ale praktycznym zadaniem dla każdego z nas. Cnota miłości jest miłością wobec Boga i bliźniego. Wobec Boga realizująca się przez przestrzeganie dekalogu i modlitwę. Natomiast wobec bliźniego miłość uobecnia się dobrymi uczynkami, miłosierdziem i wybaczeniem.
Każdy z nas kiedyś, tak jak papież Innocenty III, zostanie rozliczony za swoją chrześcijańską miłość.
I wtedy Bóg nie zapyta cię, jaki duży był twój dom, ale ile w nim osób gościłeś?
Bóg cię nie spyta, w co się ubierałeś, ale zapyta, kogo ty przyodziałeś?
Bóg nie zapyta, ile zarabiałeś, ale w jaki sposób?
Bóg cię nie spyta, jakie piastowałeś stanowisko, ale zapyta cię o to, jak pracowałeś?
Bóg cię nie spyta, ilu miałeś przyjaciół, ale zapyta, dla jak wielu byłeś przyjacielem?
Bóg cię nie spyta, w jakim otoczeniu mieszkałeś, ale zapyta, jak traktowałeś swego sąsiada.
Bóg cię nie spyta o kolor twej skóry, ale zapyta o barwę twego charakteru.
Jeśli w swoim życiu będziemy kierować się miłością do Boga i bliźniego, wówczas te pytania nie będą dla nas trudnością.
Każdy nasz dzień jest sprawdzianem z cnoty miłości. Dobrą pomocą w zobaczeniu, jaka jest nasza miłość, są słowa świętego Alfonsa Liguori, założyciel zgromadzenia redemptorystów. „Doktor najgorliwszy” mówił: „Jeśli więc kto chce poznać, czy kocha Boga i do jakiego stopnia miłości doszedł pod tym względem, wystarczy, by poznał, jak kocha bliźniego”.
Prośmy, więc Maryję, która jest dla nas Nauczycielką miłości, abyśmy tak jak Ona umieli bezgranicznie kochać Boga i ludzi.
Ks. Damian Kurek
2 lutego Kościół obchodzi święto Ofiarowania Pańskiego. W Polsce kończymy tradycyjny okres Bożego Narodzenia i śpiewania kolęd. Liturgia po raz ostatni w tym roku ukazuje nam Chrystusa jako Dziecię. W liturgii błogosławione są świece, które niesiemy w procesji, aby powitać Chrystusa – Światłość na oświecenie pogan i chwałę ludu Bożego. Ten prosty gest błogosławienia świecy nie jest tylko piękną tradycją. Jest on wyznaniem wiary. Oto przychodzimy, by spotkać Tego, który rozprasza mroki naszego życia, który rozświetla drogi zagubionych, który nadaje sens temu, co wydaje się niejasne i trudne.
Na początku warto zadać sobie pytanie. Jakie jest znaczenie święta? Co tak naprawdę świętujemy?
Wydarzenie miało miejsce dokładnie czterdzieści dni po Bożym Narodzeniu. Czas płynie szybko. Wydaje się, że dopiero co w Wigilię i na Pasterce rozpoczęliśmy śpiewanie kolęd, a już mija czterdzieści dni od narodzin Jezusa. To może być dla nas ważna lekcja. Czas jest darem, który otrzymujemy od Boga, i nie jest niewyczerpany. Każdy dzień jest zaproszeniem, by przeżyć go w jedności z Bogiem i wykorzystać zgodnie z Jego wolą. Ofiarowanie Jezusa w świątyni ukazuje nam również, jak ważne jest posłuszeństwo Bożemu prawu. Ewangelista kończy opowieść o dzieciństwie Jezusa właśnie tym wydarzeniem, które ukazuje posłuszeństwo Maryi i Józefa wobec Prawa Izraela. To, co mogłoby się wydawać zwykłym religijnym obowiązkiem, staje się miejscem objawienia się Boga. Świątynia, która jest miejscem modlitwy, ofiary i spotkania, staje się przestrzenią, w której zostaje rozpoznany Mesjasz. Ewangelia przypomina nam pierwszy ważny fakt, że „każdy pierworodny syn ma być poświęcony Panu”, a rodzice składają ofiarę. Tą ofiarą jest para synogarlic lub gołąbków. Była to ofiara ubogich. Rodzina Jezusa nie należy do możnych tego świata, lecz do tych, którzy żyją prosto i w zaufaniu Bogu. Maryja, choć nie potrzebuje oczyszczenia, jest posłuszna Prawu. Nie dlatego, że musi, ale dlatego, że chce wypełnić wolę Boga. Jej posłuszeństwo staje się drogą, przez którą Bóg objawia swoje zbawcze działanie. To prowadzi nas do bardzo osobistego pytania.
Co ja dziś mogę ofiarować Bogu? Nie chodzi o to, ile posiadam ani o to, czy jestem bogaty, czy ubogi. Najważniejszy jest stan mojego serca. Czy potrafię ofiarować Bogu mój czas, moje talenty, moje zdolności, moją codzienność? A może moją słabość, moje zranienia, to czego sam nie potrafię unieść? Ofiarowanie nie polega na dawaniu Bogu tego, co nam zbywa, ale na oddaniu Mu tego, co jest dla nas ważne. W Ewangelii pojawia się jeszcze jedna niezwykle ważna scena – proroctwo Symeona i obecność prorokini Anny. Oboje są natchnieni Duchem Świętym i przychodzą do świątyni dokładnie w tym momencie, w którym Maryja i Józef przynoszą Jezusa. Są przedstawicielami Narodu Wybranego, którzy potrafią czekać, ufać i rozpoznawać Boga. Symeon opisany jest trzema słowami – sprawiedliwy, pobożny i oczekujący pocieszenia Izraela. To człowiek, który żyje obietnicą Boga. Dzięki temu rozpoznaje w małym Dziecku Tego, który jest Zbawicielem świata. I tu pojawia się pytanie do każdego z nas.
Czy ja żyję dla Odkupiciela? Czy moje codzienne decyzje, wybory i sposób myślenia są skierowane ku Chrystusowi? Czy potrafię rozpoznać Jego obecność w prostych, zwyczajnych wydarzeniach? Symeon wypowiada także słowa trudne, ale prawdziwe – że Jezus będzie znakiem sprzeciwu. Chrystus był znakiem sprzeciwu dwa tysiące lat temu, jest nim dzisiaj i będzie nim jutro. Jego nauczanie nie zawsze jest łatwe i nie zawsze spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem. Także dziś nauczanie Chrystusa i Kościoła bywa krytykowane, odrzucane czy wyśmiewane.
My – jako Jego uczniowie – jesteśmy wezwani, aby być znakiem sprzeciwu wobec tego, co jest złe. Nie z pychy, nie z chęci walki, ale z wierności Ewangelii. Drugą postacią jest prorokini Anna. To kobieta całkowicie oddana Bogu. Świątynia jest jej domem, miejscem adoracji, modlitwy i oczekiwania. Anna uczy nas cierpliwej wiary. Uczy nas, że odpowiedź Boga czasami przychodzi po długim czasie, po latach modlitwy, po wielu chwilach ciszy. Jej życie pokazuje, że wierność Bogu nie polega na spektakularnych czynach, ale na codziennym trwaniu przy Nim. Święto przypomina nam, że Jezus został ofiarowany w świątyni, a Symeon i Anna odnaleźli Go w świątyni. Jest to dla nas bardzo konkretna wskazówka. Jeśli dziś chcemy znaleźć Jezusa, możemy to uczynić w Kościele – w modlitwie, w ciszy, w adoracji, w słowie Bożym i przede wszystkim w Eucharystii.
Ofiarowanie Pańskie uczy nas, że spotkanie z Chrystusem dokonuje się tam, gdzie jest wiara, posłuszeństwo i otwarte serce.
Dlatego święto stawia przed nami bardzo konkretne pytanie. Czy pozwalamy Chrystusowi wejść w nasze życie jako Światłość świata? Czy nie zatrzymujemy Go jedynie na progu świątyni, ale pozwalamy, aby przeniknął nasze decyzje, relacje, sposób myślenia i wybory moralne? Chrystus nie został ofiarowany tylko po to, abyśmy Go podziwiali, ale abyśmy za Nim poszli. On jest Światłem, które albo zostaje przyjęte, albo odrzucone. Nie ma tu miejsca na obojętność.
Prośmy więc o serce Symeona i Anny – serce czuwające, wierne i gotowe na spotkanie. Ofiarujmy Bogu nasze życie takie, jakie jest, i pozwólmy, aby Chrystus, Światłość świata, poprowadził nas drogą zbawienia, nawet jeśli będzie to droga wymagająca.
Ks. Damian Kurek
Pewien malarz przedstawił kiedyś na obrazie zależność pomiędzy trzema cnotami teologalnymi.
Namalował trzy kobiety o imionach Wiara, Nadzieja i Miłość. Miłość karmiła potrzebujących, Nadzieja spoglądała z ufnością w niebo. Obie zaś opierały się na Wierze, która ramionami obejmowała krzyż.
Tydzień temu nasze rozważanie na katechezie poświęciliśmy wierze, cnocie, na której trzeba oprzeć swoje życie. Dziś, kontynuując nasz cykl rozważań nad cnotami teologalnymi, spojrzymy z ufnością w niebo – spojrzymy tam, gdzie jest nasza nadzieja.
Często w naszym życiu słyszymy słowo „nadzieja”. Ale co to słowo tak naprawdę oznacza? Czym jest nadzieja w naszym chrześcijańskim życiu i gdzie ją odnaleźć? W „Katechizmie Kościoła Katolickiego” czytamy: „Nadzieja jest cnotą teologalną, dzięki której pragniemy jako naszego szczęściakrólestwa niebieskiego i życia wiecznego, pokładając ufność w obietnicach Chrystusa i opierając się nie na naszych siłach, ale na pomocy łaski Ducha Świętego” (KKK 1817).
„Katechizm Kościoła Katolickiego” podpowiada nam, że nadzieja nie jest – jak mogłoby się wydawać – tylko optymizmem i dobrze ułożonym planem na życie. Ale nadzieja jest rzeczywistością, która przenika całe życie człowieka i ma go doprowadzić do zbawienia. Jednak nadzieja dopiero wtedy jest skuteczna, jeśli oparta jest na Bogu i wierze. Nadzieja, która skupiona jest tylko na własnych ludzkich siłach, może przy pierwszych niepowodzeniach przestać istnieć. Dlatego tak bardzo ważne jest, aby nadzieja i wiara były ze sobą w naszym życiu połączone. Jeśli tego nie ma, to nadzieja jest tylko lękliwym oczekiwaniem spełnienia się czegoś pożądanego.
Jeśli fundamentem naszej nadziei będzie wiara,to nawet doświadczeni trudnościami będziemy mieli odwagę powiedzieć, że „nadzieja umiera ostatnia”. I nie są to tylko piękne słowa, bo sam Bógprzez autora natchnionego w „Księdze Psalmów” mówi do nas, jak realizować w swoim życiu nadzieję.
W Biblii psalmista zadaje pytanie: „A teraz, w czym mam pokładać nadzieję, o Panie?”.
Odpowiedź brzmi: „W Tobie, Panie, jest moja nadzieja” (Ps 39, 8).
I dodaje jeszcze słowa: „Jedynie w Bogu jest uciszenie duszy mojej, bo w Nim pokładam nadzieję moją!” (Ps 62, 6).
Nadzieja w naszym życiu ukazuje sięprzez konkretny czyn.
I takim czynem jest modlitwa.
Człowiek, który ma nadzieję, potrafi złożyć swoje ręce do modlitwy, bo wie, że właśnie w modlitwie do Boga może odnaleźć nadzieję.
Dobrze ukazał to papież Benedykt XVI w encyklice „Spesalvi”, poświęconej chrześcijańskiej nadziei.
Papież pisał: „Jeśli nikt mnie już więcej nie słucha, Bóg mnie jeszcze słucha. Jeśli już nie mogę z nikim rozmawiać, nikogo wzywać, zawsze mogę mówić do Boga. Jeśli nie ma już nikogo, kto mógłby mi pomóc – tam, gdzie chodzi o potrzebę albo oczekiwanie, które przerastają ludzkie możliwości trwania w nadziei – On może mi pomóc. Gdy jestem skazany na całkowitą samotność..., ale modlący się nigdy nie jest całkowicie samotny”.
Drodzy, jeśli w naszym życiu brakuje nadziei, bo... choroba postępuje, rodzina się rozbija, plany życiowe nie wychodzą i przez to wydaje się nam, że Bóg nas nie wysłuchuje, to nie zostaje nam nic innego, jak złożyć swoje ręce, wołać do Boga i u Niego szukać nadziei.
Bo jak mówił wieszcz narodowy Cyprian Kamil Norwid: „Modlitwy idą i wracają i nie ma modlitw niewysłuchanych”.
Nadzieja pomaga nam żyć dalej wtedy, kiedy po ludzku wszystko jest stracone.
Bo czym byłoby życie bez nadziei? Zapewne iskrą odrywającą się od rozpalonego węgla i natychmiast gasnącą. Nikt z nas nie chciałby być taką iskrą, ale każdy z nas chciałby, aby nasze życie płonęło radością i nadzieją. Dlatego czasami wystarczy tylko pamiętać, że jest jeszcze nadzieja, aby trwać i pokonać beznadzieję.
Dobrze mówi o tym historia Kazimierza Piechowskiego.
Do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz trafił w 1940 roku. Rok później w tym samym bloku obozowym, w którym był przetrzymywany, znalazł się franciszkanin ojciec Maksymilian Maria Kolbe. W jednym z wywiadów pan Kazimierz wspomina wymianę zdań, do której doszło między nimi. „Chyba nie dam rady” – powiedział do ojca Maksymiliana. Na te słowa franciszkanin popatrzył na współwięźnia, położył swoją dłoń na jego ramieniu i rzekł: „Nadzieja. Tylko nadzieja. Póki jest nadzieja, trwa życie”. Dzięki tej nadziei Kazimierz Piechowski dokonał później brawurowej ucieczki z obozu. Kiedy dowiedział się, że ma zostać stracony wraz z trzema współwięźniami, zorganizował plan ucieczki, który mógł się dokonać tylko dzięki nadziei. Więźniowie przebrani za esesmanów ukradli samochód komendanta i niezatrzymywani przez nikogo uciekli z obozu.
Kto ma nadzieję, żyje inaczej, bo Bóg podarował mu nowe życie.
Tam, gdzie płonie jeszcze mały płomyk nadziei, tam przecież widać już światło nieba. Myślę, że te słowa, jeśli odniesiemy je do naszego życia, dadzą nam ufność i nadzieję, którą daje nam Bóg. I ta nadzieja na pewno pomoże nam odnaleźć miłość do Boga. O takiej nadziei wspominał święty Alfons Maria Liguori, założyciel redemptorystów. „Doktor najgorliwszy” pisał: „Nadzieja sprawia, że rośnie miłość, a miłość sprawia, że rośnie nadzieja. Z pewnością nadzieja w Boską dobroć sprawia, że rośnie miłość ku Jezusowi”.
Prośmy, więc Maryję, która jest dla nas Nauczycielką nadziei, abyśmy tak jak Ona umieli bezgranicznie zaufać w Bożą miłość.
Ks. Damian Kurek