1. Czym jest wiara?
Wiara ludzka jest przyjęciem za pewne czegoś, czego nie sprawdziliśmy doświadczalnie, osobiście. Wierzymy – na przykład – że sprawdzi się prognoza pogody; wierzymy, że istnieje Australia, kiedy wybieramy się w podróż; wierzymy koledze, że przyjdzie o określonej godzinie i tym podobne. Wiara ludzka opiera się na autorytecie człowieka – wierzę meteorologom, wierzę geografom, wierzę koledze.
Wiara nadprzyrodzona odnosi się do spraw Boskich, nadprzyrodzonych i opiera się na autorytecie Boga. Wierzymy nie ze względu na oczywistość prawd, których sami częstokroć nie możemy sprawdzić, ale dlatego, że Bóg je objawił. Taka wiara jest darem Boga, cnotą wlaną przez Niego. Samym rozumem nie można przyjąć treści wiary, jest potrzebny „akt wiary”, czyli przyzwolenie woli na to, czego rozumem nie ogarniamy.
Wiele prawd wiary z założenia jest niesprawdzalnych doświadczalnie, ale można mieć doświadczenie Boga. Osoby, które żyją wiarą, doświadczają obecności Boga. Doświadczenie Boga w sakramentach i na modlitwie nie należy do wyjątkowych zjawisk w chrześcijaństwie, jest to jednak doświadczenie duchowe, nie eksperymentalne.
Zatem wiara nadprzyrodzona jest aktem ludzkim, chociaż dokonuje się dzięki łasce Boga. By być doskonałym człowiekiem, powinniśmy wierzyć. Wiara nie jest przeciwna ani wolności, ani rozumowi ludzkiemu(KKK 154). Wiara przewyższa rozum, ale nie jest z nim niezgodna, gdyż ten sam Bóg, który dał objawienie, również dał światło rozumu. Dlatego badania naukowe, jeśli są rzetelne, nie przeciwstawiają się wierze, lecz ją potwierdzają(KKK 159).
Człowiek powinien dobrowolnie przylgnąć do Boga wiarą, dlatego przemoc, zmuszanie do wiary jest niedopuszczalne – ze względu na godność osoby ludzkiej – i jest ono niemożliwe, gdyż wiara jest aktem dobrowolnym ze swej natury. Kto jest przymuszony, nie ma wiary. Można i trzeba natomiast do wiary wzywać oraz dawać świadectwo wierze(KKK 160).
Wiara jest także aktem kościelnym, a nie tylko osobistym. Wierzymy w Kościele, wyznajemy wiarę nauczaną przez Kościół.
„Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu” (Hbr 11,6) – bez wiary nie można być zbawionym.
2. Racje wiary
Chociaż wierzymy Bogu, a zatem najwyższemu autorytetowi, to jednak Bóg daje nam racje, dla których powinniśmy wierzyć:
– zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, Pana naszego,
– cuda Chrystusa i świętych,
– wypełnienie proroctw,
– wzniosłość nauki chrześcijańskiej, jej spójność, głębia, piękno świadczą o boskim pochodzeniu,
– rozwój i świętość Kościoła, jego płodność i trwałość.
Wymienione racje są opisane przez wiele osób, są faktami historycznymi, których podważanie jest rozumowo nieuzasadnione.
3. Spójność między wiarą i życiem
Całe życie chrześcijanina musi wyrażać jego wiarę. Nie istnieje żaden aspekt ludzkiego życia, który nie mógłby być oświecony przez wiarę. „Sprawiedliwy żyje wiarą” (Hbr 2,4). Bez uczynków wiara jest martwa. Dlatego ktoś, kto chodzi do kościoła, a jednocześnie w pracy zachowuje się niezgodnie z przykazaniami, w rzeczywistości pokazuje, że nie wierzy.
Kiedy brakuje jedności życia, zachowujemy się niezgodnie z wiarą, wtedy wiara się osłabia i można ją utracić. Jeżeli nie żyje się tak, jak się myśli, to myśli się tak, jak się żyje.
Wytrwałość w wierze jest wielką cnotą. Polonia semperfidelis. W Polsce istnieje wielka tradycja wierności wierze. Tym niemniej wiara nie może wypływać jedynie z tradycji i musi być przeżywana osobiście. Uczestnictwo w tradycyjnych świętach pomaga wiernym trwać w wierze i ją rozwijać, ale musi ona być przyjęta przez każdego człowieka osobno.
Wszyscy wierni katolicy są zobowiązani do unikania niebezpieczeństw wobec wiary. Między innymi powinni powstrzymywać się od czytania książek przeciwnych wierze lub moralności, podobnie z filmami i tym podobne.
Zadaniem wszystkich chrześcijan jest apostołowanie, czyli szerzenie wiary.
4. Sześć głównych prawd wiary
1) Jest jeden Bóg.
2) Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze.
3) Są trzy Osoby Boskie – Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty.
4) Syn Boży stał się Człowiekiem i umarł na Krzyżu dla naszego zbawienia.
5) Dusza ludzka jest nieśmiertelna.
6) Łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna.
Mówiliśmy ostatnio, że Bóg stworzył świat dobry. I rzeczywiście – w Biblii możemy przeczytać, co mówił Bóg po każdym dniu stwarzania świata: że widział, iż to, co stworzył, było dobre. Ale gdy na końcu Pan Bóg stworzył człowieka, powiedział, że widział, iż to, co stworzył, było bardzo dobre. Pan Bóg stworzył człowieka mężczyzną i kobietą. Stworzył ich jako byty wolne. Zwierzęta nie są wolne. Ptaki na wiosnę muszą przylecieć z ciepłych krajów, zacząć śpiewać i zakładać gniazda, a na jesień odlecieć. Rośliny muszą rosnąć w górę i kwitnąć. Nie mają rozumu i nie mają wolnej woli. Człowiek ma. Człowiek może poznawać świat i potrafi kochać. Jest wolny. Ta wolność jest wielkim darem. Żadne inne stworzenie na ziemi nie ma takiego daru, aby móc samemu decydować o sobie. Bóg postanowił zaryzykować i powołać do istnienia stworzenie, które jest wolne i rozumne, i które może się zbuntować przeciwko Niemu, może Go obrazić i powiedzieć NIE.
I tak się stało. Adamowi i Ewie było bardzo dobrze w raju, mieli proste zadania, musieli pracować, uprawiając ogród, nazywając rośliny i zwierzęta, oraz rozmnażać się. Żyło im się bardzo dobrze. Pan Bóg pozwolił im robić, co chcą – z wyjątkiem jednej rzeczy – nie mogli jeść owoców z drzewa poznania dobra i zła. Tylko jeden zakaz, a tak wiele wspaniałych rzeczy do robienia. Cały piękny ogród z pysznymi owocami.
I co się stało? Oczywiście zapragnęli tego owocu, który był zakazany. Nam też tak się czasami zdarza. Rodzice nas kochają, stworzyli nam wspaniały dom, w którym mamy tyle dobrych rzeczy, ale są też zakazy, na przykład tata mówi, że nie wolno ruszać jego komputera.
I co myślą niektóre dzieci? Że koniecznie muszą ten komputer dotknąć. Można dawać różne takie przykłady. Wróćmy jednak do Ewy. Pewnego razu podeszła do drzewa, z którego nie wolno było jej jeść, i zobaczyła węża, czyli szatana, który zaczął do niej mówić. Oczywiście węże nie mówią, ale diabeł tak. Biblia posługuje się obrazem węża, gdyż jest to zwierzę często dla człowieka niebezpieczne. Diabeł zaczął rozmowę z Ewą od oskarżenia i kłamstwa – bo on zawsze kłamie i oskarża – i spytał, czy to prawda, że Bóg zakazał jeść owoców z wszystkich drzew w ogrodzie. To była nieprawda i diabeł o tym wiedział. Wiedziała o tym także Ewa, ale niestety zamiast odejść natychmiast od prowokatora, który oskarżył Boga o zakaz dotyczący wszystkich drzew, postanowiła rozmawiać z diabłem i mu wytłumaczyć, że Bóg zakazał im jedzenia owoców tylko z tego jednego drzewa. Wtedy diabeł zaczął mówić, że Bóg zakazał jedzenia, gdyż zjedzenie czegoś z tego drzewa umożliwiało poznanie dobra oraz zła i przeobrażenie się w Boga. To była nieprawda, ale Ewa, która już zaczęła rozmowę z diabłem, uwierzyła mu i zjadła owoc. Gdy to zrobiła, zachęciła męża, aby i on zjadł. I stała się straszna rzecz. Nagle Adam i Ewa zrozumieli, że popełnili straszny błąd – byli nieposłuszni Bogu, zaufali sobie lub diabłu zamiast Bogu. I nagle zaczęli się Boga bać. Przedtem czuli się kochani przez Boga, a teraz zaczęli się bać i uciekać przed Panem Bogiem.
I tak do dziś niektórzy uciekają przed Bogiem, a powinni zrozumieć, że Bóg nas kocha mimo wszystko. I kocha nas do tego stopnia, że wysłał swojego Syna do nas, aby nas zbawił. Ale o tym opowiem już na kolejnej katechezie.
Ks. Damian Kurek
Nie wiem, czy mieliście takie doświadczenie, ale ja kiedyś uczestniczyłem w zajęciach polegających na wyrabianiu garnków, kubków i innych naczyń z gliny. Ależ to była brudna robota! Wszyscy byliśmy brudni od stóp do głów, bo glinę trzeba dobrze rozmiękczyć, aby można ją było dowolnie formować, a taka mokra glina brudzi. Na całe szczęście robiliśmy to niedaleko zbiornika z wodą i mogliśmy się potem wykąpać. A zabawy było pełno! Każdy zrobił coś innego, niektórzy robili nie tylko naczynia, lecz także granaty czy pistolety z gliny. Była fajna zabawa. Brało się bryłę mokrej, miękkiej gliny w ręce i kładło na podkładce, aby zacząć ugniatanie i formowanie. Każde naczynie było inne, jedno większe, inne mniejsze, jeden kubek z uchem, drugi bez, a trzeci z dwoma uchami. Każdy był inny. Mieliśmy tylko jedno koło garncarskie, czyli taki kręcący się talerz, na którym kładło się bryłę gliny, by nadać jej bardziej regularny kształt. Wystarczyło przyłożyć jakieś narzędzie lub po prostu palec i kręcąca się bryła z każdej strony przybierała nadany narzędziem kształt. Potem taki wyrobiony kubek czy garnek ozdabiało się rylcem, rysując na nim jakieś litery, znaki itym podobne. Piękna i bardzo kreatywna praca. Mówi się kreatywna, gdyż po łacinie „creatio” to stworzenie. Tutaj z gliny każdy tworzył na swój sposób, powstawało coś, co nigdy przedtem nie istniało na świecie – kubek według mojego wzoru. Każdy kubek był inny.
Ale jednocześnie byliśmy świadomi, że nasze stwarzanie nie było stwarzaniem z niczego, mieliśmy już glinę. Było ono podobne do stwarzania boskiego, bo pojawiało się coś nowego, co nigdy wcześniej nie istniało, ale różniło się tym, że mieliśmy glinę, z której każdy tworzył swój kubek. Bóg stworzył cały świat z niczego. Tylko On mógł tak robić. My, ludzie, i inne stworzenia potrzebujemy do tworzenia jakiejś materii, na przykład gliny. W Biblii mamy opisy stworzenia, które starają się w sposób plastyczny pokazać, że Bóg stworzył ziemię i niebo, potem stworzył wody, potem rośliny na ziemi, potem światło, potem zwierzęta, a w końcu człowieka. A po stworzeniu siódmego dnia odpoczął.
Oczywiście są to obrazy, gdyż Bóg nie potrzebuje odpoczynku ani nie musi czekać na kolejny dzień, aby coś stworzyć, dlatego Kościół uczy, że Bóg stworzył cały świat z niczego i natychmiast. Bóg ma tę moc, której my nie posiadamy. On może działać natychmiast, my potrzebujemy czasu. On może działać bez niczego, my potrzebujemy materii. Dlatego najczęściej mówimy, że ktoś coś tworzy, a nie, że stworzył. My, ludzie, upodabniamy się do Boga, kiedy tworzymy coś w jak największym stopniu zależnego od nas. Gdy produkujemy talerze według wzoru projektanta, mówimy o produkcji, każdy talerz jest taki sam, a ja nie jestem autorem, lecz producentem, natomiast artysta tworzy, gdyż jego pomysł jest autorski, jest tylko jego, jest nowy. W ten sposób artyści upodabniają się do Boga Stwórcy. Po każdym stworzonym dziele Bóg powiedział, że jest dobre, a po stworzeniu człowieka powiedział, że jest on bardzo dobry. Bo człowiek jest obrazem Boga, jest bardzo dobry, ponieważ spośród wszystkich stworzeń na ziemi jest najbliższy Bogu. Powinniśmy być dumni z naszego człowieczeństwa i starać się w swoim życiu być obrazem Boga.
Ks. Damian Kurek
Byłem ostatnio na niezwykłej wycieczce przyrodniczej. Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo lubię przyrodę. Lubię podglądać, jak wzrastają rośliny, jak zachowują się zwierzęta itak dalej. Na tę ostatnią wycieczkę pojechaliśmy oglądać ptaki, a wyruszyliśmy jeszcze w nocy. Chcieliśmy – korzystając z ciemności – ukryć się w krzakach blisko tafli wody, aby móc oglądać kaczki, gęsi, czaple i nie tylko. Dojechaliśmy na miejsce jeszcze przed świtem, czyli zanim zaczęło robić się szaro, i wybraliśmy sobie na schowek miejsce od strony wschodniej… Wiecie dlaczego? Bo gdy wschodzi słońce, oślepia swoim blaskiem i ptaki, patrząc w tę stronę, nie mogły nas zobaczyć. Dzięki temu, gdy tylko zaczęło szarzeć, mogliśmy je z bliska oglądać. Ależ to był raj dla ornitologa! Było tam sześć gatunków kaczek. Wy pewnie znacie tylko kaczki krzyżówki, bo w mieście tylko takie są, a tam było aż sześć różnych gatunków. Były też gęsi, a nawet czaple. I to nie tylko te popularne, siwe, lecz także przecudne, bo wyglądające jak aniołeczki – śnieżnobiałe czaple białe. Są smuklejsze i wyglądają bardzo pięknie na tle ciemnego lasu. Spokojnie oglądaliśmy sobie te ptaki, bo wiedzieliśmy, że nas nie mogą zobaczyć. Aż tu nagle całe ptactwo wzbiło się w górę i odleciało. Co się mogło stać? Macie pomysł?
Nie, nie zobaczyły nas. Ja już mam doświadczenie przyrodnicze i kiedy tak nagle ptaki podrywają się do lotu, wiem, co trzeba zrobić. Trzeba szybko podnieść lornetkę i patrzeć w niebo, bo na pewno na nieboskłonie pokazał się orzeł. I rzeczywiście tak było. Orzeł bielik to ogromny ptak, ma prawie dwa i pół metra rozpiętości skrzydeł, to prawdziwy latający potwór. Otóż ten ptak może zaatakować inne ptaki tylko wtedy, gdy są na ziemi lub wodzie, bo mając szerokie skrzydła i ważąc sporo kilogramów, nie jest tak zwinny, jak sokół czy jastrząb. On nie może gonić za ptakami w powietrzu ani wywijać piruetów. Ale za to może polować na ryby! Widziałem, jak bielik leciał nad wodą i nagle spadł do niej jak kamień. Ktoś mógłby pomyśleć, że padł od strzału z karabinu, ale nie! On poluje, wpada do wody i swoimi szponami wczepia się w ciało ryby. Potem wyciąga ją jeszcze żywą i odlatuje na drzewo, aby ją pożreć. Bieliki to potężne ptaki o majestatycznym locie. Każdemu polecam taką wycieczkę, aby mógł się nacieszyć pięknem przyrody.
Ale cóż, wracajmy do lekcji. Pan Bóg stworzył świat dobry. Świat jest piękny i należy go kochać. Każda rzecz, która istnieje na świecie, pochodzi od Boga. Zobaczcie, mogę Was spytać – skąd się wzięło to drzewo, które rośnie na podwórku? Ktoś wie? No, z nasionka, oczywiście. A to nasionko skąd się wzięło? Z innego drzewa. A tamto drzewo? Z nasionka. A tamto nasionko? Z poprzedniego drzewa. I tak moglibyśmy mówić bez ustanku, ale jeśli nie byłoby początku, gdzieś tam, odległego początku, pierwszego drzewa, to tego drzewa teraz na podwórku też by nie było, prawda? A zatem musiał istnieć początek. Tym pierwszym Początkiem jest Bóg. Jednym z imion Boga jest Początek. Ten, który wszystko zaczął. I to zaczął jako coś dobrego. Świat jest dobry, mimo że człowiek go nieco zepsuł, a teraz musi naprawić. Ale o tym powiemy sobie na następnej lekcji. Teraz narysujcie, proszę, świat. I ładnie go pokolorujcie. Czy widział ktoś z Was, jak wygląda świat z kosmosu? Albo może ktoś widział globus? To taki właśnie świat trzeba namalować. Spróbujcie.
Ks. Damian Kurek
W Polsce jest wiele miejsc, o których można powiedzieć, że mają swoją historię, swoją tradycję i swoje znaczenie.
Ale jest w Polsce miejsce, o którym przez pokolenia mówi się inaczej.
To Jasna Góra.
Bo Jasna Góra to nie tylko klasztor, nie tylko sanktuarium, nie tylko zabytek i nie tylko miejsce, do którego przychodzą pielgrzymi. Jasna Góra jest miejscem, w którym historia Polski spotyka się z historią zbawienia. Tutaj przez ponad sześć wieków ludzie przychodzili przed oblicze Matki Bożej z tym wszystkim, co było ich życiem – z radością i bólem, z wdzięcznością i lękiem, ze zwycięstwem i klęską, z narodzinami dzieci i śmiercią najbliższych, z pytaniami, na które nie znali odpowiedzi. I dlatego, patrząc dzisiaj na Jasnogórską Matkę, trzeba powiedzieć – to nie jest tylko obraz, przed którym modlimy się od wieków. To jest obraz, przed którym kolejne pokolenia uczyły się, czym jest wiara.
Niezwykły kult Czarnej Madonny od początku przyciągał pielgrzymów.
Wota składane przed Jej obrazem stały się niejako historią naszego narodu, zapisaną nie tylko w podręcznikach, ale także w znakach ludzkiej wdzięczności i zawierzenia. Są tam pamiątki wojenne, odznaczenia, kule, protezy osób, które doświadczyły uzdrowienia, różańce wykonane przez więźniów, pamiątki wielkich Polaków. Można wejść do jasnogórskiej kaplicy i patrzeć na te wota, a właściwie czytać z nich historię ludzkiego cierpienia. Ale można zobaczyć coś jeszcze – historię wiary. Bo za każdym takim wotum kryje się człowiek, który kiedyś uklęknął przed Bogiem i powiedział: „Maryjo, pomóż mi swoim wstawiennictwem”, albo: „Maryjo, dziękuję”, albo: „Maryjo, nie rozumiem, ale ufam”. I właśnie dlatego Ewangelia uroczystości Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej jest tak bardzo jasnogórska.
W Kanie Galilejskiej Maryja zauważa, że zabrakło wina. „Nie mają już wina” – mówi do Jezusa.
To jedno zdanie odsłania Jej serce. Maryja widzi człowieka. Widziała ludzi w Kanie, widziała ich zakłopotanie, widziała ich problem, zanim jeszcze inni zdążyli go dostrzec. I przez wieki widzi również nas. Widzi nasze rodziny, nasze małżeństwa, matkę, która płacze nad swoim dzieckiem, ojca, który nie wie, jak rozwiązać problem, człowieka samotnego, chorego, młodego człowieka, który zagubił drogę, człowieka, który przychodzi do kościoła po długiej przerwie, bo coś w jego życiu się rozsypało. Maryja widzi.
Ale Maryja nie zatrzymuje człowieka przy sobie. To jest najważniejsze. Ona zawsze prowadzi dalej – prowadzi do Jezusa. Dlatego mówi: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Wam powie”. Może właśnie te słowa są najważniejszym przesłaniem uroczystości Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej. Bo można mieć piękną maryjną pobożność i jednocześnie nie słuchać Jezusa. Można pielgrzymować na Jasną Górę, klękać przed obrazem, zapalać świece, śpiewać „Czarną Madonnę”, a potem wrócić do domu i żyć tak, jakby Ewangelia nie miała żadnego znaczenia. Maryja mówi bardzo jasno: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Wam powie”. Nie tylko to, co jest łatwe. Nie tylko to, co nam odpowiada. Nie tylko to, co zgadza się z naszymi planami.
Cokolwiek Wam powie.
Jeśli Chrystus mówi „przebacz”, to przebacz.
Jeśli mówi „pojednaj się”, to zrób wszystko, by się pojednać.
Jeśli mówi „nie odpłacaj złem za zło”, szukaj dobra i ucz się miłości.
Jeśli mówi „nie wstydź się swojej wiary”, nie lękaj się jej.
Jeśli mówi„pójdź za Mną”, idź bez lęku.
Bo Maryja nie chce, żebyśmy zatrzymali się na Niej. Ona chce, żebyśmy przez Nią i razem z Nią znaleźli Jezusa. A czego my szukamy u Maryi?
Może zdrowia.
Może rozwiązania problemu.
Może zgody w rodzinie.
Może pracy.
Może nawrócenia dziecka.
Może uwolnienia od lęku.
Może odpowiedzi na pytanie, którego nie potrafimy nawet wypowiedzieć.
Przynieśmy to wszystko Maryi.
Powiedzmy Jej o tym.
Ale potem pozwólmy Jej powiedzieć nam to samo, co powiedziała w Kanie: „Zróbcie wszystko, cokolwiek Wam powie”.
Bo może prosimy Boga o cud, a On najpierw chce przemienić nasze serce.
Maryjo, Królowo Polski, módl się za nami.
Maryjo, Jasnogórska Matko, prowadź nas do Chrystusa.
Maryjo, bądź z nami, czuwaj nad nami, nie pozwól nam odejść od Twojego Syna, a przede wszystkim prowadź nas zawsze do Twojego Syna, Jezusa Chrystusa, Zbawiciela.
Ks. Damian Kurek
Tak dobrze znana nam uroczystość, dla nas, Polaków, posiadająca podwójny wymiar - Maryjny i narodowy...
Tak dobrze znana, a przecież niosąca w sobie pewien paradoks.
Bo choć wyznajemy w niej prawdę znaną i uznawaną w Kościele, i to nie tylko katolickim, ale i prawosławnym, od czasów niepamiętnych, to przecież w formie dogmatu została ona ogłoszona stosunkowo niedawno, bo w roku 1950. Sformułowanie „czasy niepamiętne” jest tu jak najbardziej stosowne, bowiem istnieje wiele wiekowych świątyń pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Choćby Kościół Mariacki w Krakowie, który zaczęto budować właśnie pod tym wezwaniem już w XIII wieku, siedem wieków przed ogłoszeniem dogmatu.
Oczywiście, mógłby ktoś zaoponować – jak to, czasy niepamiętne?
Przecież znana jest nam doskonale historia, jak to Matka Boża, gdy czuła, że zbliża się kres Jej ziemskiej wędrówki, wezwała Apostołów, by jeszcze raz zobaczyć tych przyjaciół, braci Jej Syna, i pożegnać się z nimi. Przybyli wszyscy poza jednym – Tomaszem, który spóźnił się, bo miał najdalej ze wszystkich. Gdy dotarł, ciało Maryi spoczywało już w grobie. Zdołał uprosić pozostałych, by pozwolili mu jeszcze raz spojrzeć na Jej oblicze. Gdy otworzono grób, okazał się pusty – rosły w nim tylko białe lilie. Jakie więc czasy niepamiętne? Już Apostołowie wiedzieli, zobaczyli, że ciało Maryi, to pierwsze na świecie tabernakulum, nie uległo skażeniu rozkładem, że Maryja z duszą i ciałem została wzięta do niebieskiej Ojczyzny.
Historia ta z pewnością jest wzruszająca i nie ma powodu, by z góry odrzucać ją jako nieprawdziwą... Gdyby nie fakt, że pojawia się dopiero kilka wieków po czasach apostolskich. Gdyby nie to, że tradycje są różne – jedni mówią, że Matka Boża dożyła swych dni w Efezie, inni twierdzą, że wróciła do Jerozolimy, by odejść z tego świata blisko miejsca, w którym umarł i zmartwychwstał Jej Syn. Gdyby nie to, że owo spóźnienie świętego Tomasza Apostoła jest podejrzanie charakterystyczne – przypomnijmy sobie, co działo się po zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, gdy również nie było go z innymi Apostołami...
Mamy więc swoisty paradoks. Niby od zawsze, ale... od kiedy?
Z całą pewnością możemy jednak powiedzieć, że gdy papież Pius XII ogłaszał dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, nie wziął się on znikąd. Wprost przeciwnie – cała procedura przygotowująca jego ogłoszenie, a zwłaszcza ankieta przeprowadzona wśród biskupów całego świata, potwierdziła starożytność tej wiary i jej powszechność wśród katolików. Skoro jednak tak, skoro było wiadomo, że chrześcijanie – nie tylko katolicy, ale i prawosławni – tę prawdę wyznają, po co było ogłaszać ją w formie dogmatu? Zwłaszcza że można było się spodziewać, iż może to dodatkowo pogłębić podziały istniejące pomiędzy uczniami Chrystusa. Czy rzeczywiście potrzeba było dogmatu, który na katolików nakłada obowiązek przyjęcia go umysłem i sercem? Czy nie można było pozostawić tej sprawy tak, jak była?
I tu pojawia się kolejny paradoks związany z tym dogmatem.
Bo choć mówi on o Najświętszej Maryi Pannie, o wyjątkowym przywileju udzielonym Jej przez Boga, to tak naprawdę mówi o nas. O wszystkich ludziach.
Rok 1950, rok ogłoszenia dogmatu... Świat, a zwłaszcza Europa, dymi jeszcze zgliszczami domów zburzonych podczas II wojny światowej. Groby są jeszcze świeże, wiatr ciągle rozwiewa popioły ludzkich ciał spalonych w obozach koncentracyjnych, niemal każda rodzina przeżywa jeszcze żałobę po utraconych bliskich. Ciągle jeszcze nie milkną echa tych strasznych czasów, gdy zdeptano godność człowieka, gdy życie ludzkie nie miało żadnej wartości, gdy wydawano wyroki na całe narody. Gdy zabicie człowieka – kobiety czy mężczyzny, dziecka czy dorosłego, naukowca czy wieśniaka, bogatego czy biednego – było łatwiejsze od pstryknięcia palcami. Gdy miliony wymordowano w obozach, gettach i podczas pacyfikacji, a tysiące zginęły w wybuchach dwóch bomb atomowych...
I gdy to wszystko jeszcze trwało, już wyciągał ku ludziom swoje krwawe pazury kolejny zbrodniczy system. System, w którym jednostka była niczym – „bzdurą”, jak wołał jeden z piewców tego systemu, Majakowski. System, w którym tylko partia była ową milionopalcą ręką zaciśniętą w miażdżącą pięść. I ta pięść znów pozbawiała życia i zdrowia miliony. Listy skazanych podpisywano przy porannej kawie, nie patrząc nawet na nazwiska. Bohaterowie byli stawiani przed zbrodniczymi, pokazowymi sądami, pozbawiani godności i życia, wymazywani z pamięci, grzebani w bezimiennych grobach.
I jakby tego wszystkiego było mało, mędrkowie tego świata zaczęli szerzyć filozofię, według której istnienie człowieka było pozbawione jakiegokolwiek sensu. Filozofię, która potraktowana dosłownie prowadziła nawet niektórych swoich twórców do samobójczej śmierci. Oto wtedy właśnie Ojciec Święty decyduje się ogłosić dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Bo dogmat ten przypomina, że życie każdego człowieka ma ogromną wartość, ma sens i kierunek. Że nie jesteśmy marionetkami meandrów historii ani zabawkami w rękach ślepego losu. Dogmat ten mówi, że Maryja jako pierwsza spośród ludzi (niejako poza kolejnością), dostąpiła już w pełni tego, do czego powołani jesteśmy wszyscy. Że, po pierwsze, niezależnie od okoliczności naszego poczęcia, pojawiliśmy się na tym świecie, bo tak chciał Bóg. Każdego z nas zapragnął i każdego obdarzył swoją miłością. Miłością, która przekracza czas i przestrzeń, bo jest wieczna i do wieczności nas prowadzi. Miłością, która jest potężniejsza niż wszelkie zło, bo Syn Boży umarł dla naszego zbawienia. Miłością, która jest potężniejsza niż śmierć, bo On zmartwychwstał, a w Nim i my zmartwychwstaniemy, zaproszeni tam, gdzie nasza Matka już na nas czeka. Możemy też z ufnością wierzyć, że Ta, która dostąpiła tego wyjątkowego przywileju i jako pierwsza z ludzi została z duszą i ciałem wzięta do chwały nieba, oręduje za nami i oczekuje nas w domu Ojca. By nas – gdy nasz czas nadejdzie – w progu tego domu nas przyjąć i wziąć w swoje ramiona.
Właśnie dlatego dogmat ten został ogłoszony w tamtym strasznym czasie. Nie mówił nic nowego o Maryi, ale nam przypomniał o godności, jaką został obdarowany każdy człowiek. Godności Bożego dzieła i dziecka, godności kogoś, za kogo Syn Boży nie zawahał się przelać swojej Przenajświętszej Krwi, godności kogoś, kto powołany jest do wieczności i właśnie z perspektywy wieczności odczytuje sens swojego istnienia.
Dziś świętujemy tę prawdę. Jako dzieci cieszymy się tym, że nasza Matka nie została dotknięta ziemskim rozkładem, że zawsze była i pozostaje na wieki cała piękna, że każdy z nas może powiedzieć – jak dzieci czasem mówią – że właśnie moja Mama jest najpiękniejsza. Ale to świętowanie powinno każdego z nas sprowokować do postawienia sobie pytania – jak ja tę swoją godność traktuję?
Czy dbam o jasność tego wizerunku dziecka Bożego w sobie, czy może jest on brudny, skalany moimi grzechami?
Czy wierzę, że sens mojego istnienia przychodzi z wieczności, czy może tylko to życie tutaj, na ziemi, ma dla mnie znaczenie?
Czy ufam, że wszystko, co dzieje się tu, odbija się echem w wieczności i że dopiero tam otrzymam odpowiedzi na wszystkie moje pytania?
Czy może raczej obrażam się na Boga, gdy nie rozumiem cierpienia, bólu i samotności?
Ale też zapytajmy – jak szanujemy tę godność w naszych braciach i siostrach?
Czy nie depczemy jej obmową, napastliwą krytyką, pociąganiem ich do grzechu naszym słowem, przykładem, a może kuszeniem?
Czy pomagamy innym dostrzec na nowo tę godność, zwłaszcza gdy sami przestają ją szanować, gdy tracą nadzieję, gdy świat się od nich odwraca?
Dziś, gdy nasze świętowanie obejmuje także wymiar narodowy – wspomnienie Cudu nad Wisłą, walki jednoczącej wszystkich Polaków – zapytajmy również, czy szanujemy godność tych, którzy może myślą inaczej.
Czy patrzymy na drugą stronę naszych politycznych sporów z pogardą, o której coraz częściej mówi się publicznie i bez żadnego wstydu, czy też dostrzegamy w tych drugich naszych rodaków, a przede wszystkim dzieci Boże, może zagubione, ale wciąż odkupione tą samą Krwią Chrystusa?
Czy, wpatrując się w telewizor i słuchając kolejnej debaty, przeklinam tych, których tam widzę, czy może raczej odmówię za nich „Zdrowaś Maryjo”, bo przecież czyż nie ta sama Matka czeka na nas w domu Ojca?
Przychodzimy dziś do świątyń, przynosimy kwiaty, zdobimy flagami nasze domy...
Niech jednak przede wszystkim szacunek dla godności – mojej i tego, kto jest obok mnie – a może także pragnienie jej przywrócenia przez pojednanie z Bogiem i pojednanie z człowiekiem, będzie najpiękniejszym kwiatem złożonym u stóp naszej wziętej do nieba Matki.
Ks. Damian Kurek
9 sierpnia Kościół stawia przed nami świętą Teresę Benedyktę od Krzyża, która po burzliwym młodzieńczym życiu nawróciła się, by stać się gorliwą katoliczką. Następnie wstąpiła do zakonu karmelitanek bosych, a ostatecznie poniosła męczeńską śmierć z rąk Niemców w obozie koncentracyjnym w Auschwitz-Birkenau. Została nazwana przez wielu „męczennicą miłości”, a my czcimy ją jako jedną ze współpatronek Europy. Święty Jan Paweł II powiedział o niej, że jej umysł nigdy nie przestał poszukiwać prawdy, a jej serce zawsze tęskniło za miłością i nadzieją. Spotkanie z Jezusem Chrystusem stało się dla niej doświadczeniem odkrycia Prawdy i Miłości.
W dzień święta świętej Teresy Benedykty od Krzyża Kościół ukazuje nam Ewangelię o dziesięciu pannach, które wyszły na spotkanie Oblubieńca. Pięć z nich było roztropnych i przygotowanych – niosły lampy oraz zapas oliwy. Pozostałe pięć było nierozsądnych – miały wprawdzie lampy, ale zabrakło im oliwy. Gdy Oblubieniec nadszedł, tylko te, które były gotowe, mogły wejść na ucztę weselną. Ten piękny ewangeliczny obraz jest odbiciem naszego życia duchowego. Lampy symbolizują naszą wiarę oraz powołanie. Oliwa natomiast to dobre wypełnienie naszego życia duchowego – miłość, wierność, cierpliwość, a także codzienna gorliwość wyrażająca się w modlitwie i pokonywaniu trudności. To właśnie tę „oliwę” gromadzimy każdego dnia, trudząc się i zapierając samych siebie.
Święta Teresa Benedykta od Krzyża jest niezwykłym przykładem tego, w jaki sposób być przygotowanym na spotkanie z Oblubieńcem. Napisała kiedyś, że „świat składa się z przeciwieństw, ale na końcu życia nic z nich nie pozostaje – tylko wielka miłość”. Czasem może pojawić się pokusa myślenia, że nasze życie jest zbyt zwyczajne, a może nawet nieistotne. Ale święta Teresa Benedykta od Krzyża pokazuje, że świętość, do której jesteśmy powołani, zaczyna się i wyraża właśnie w tym, co proste, pokorne i codzienne. To, co w naszej codzienności staje się rozeznawaniem i wypełnianiem woli Bożej, jest tak naprawdę drogą przylgnięcia do Chrystusa. Nie wystarczy zatem tylko wiedzieć, czym jest nasza „lampa” i w jaki sposób napełniać ją oliwą – najważniejszy jest wysiłek i duchowe zmaganie, by tu i teraz przemieniać i uświęcać swoje życie. Czasami może się wydawać, że jest ono zbyt proste, mało znaczące. Jednak święta Teresa pokazuje, że świętość rodzi się właśnie w zwyczajności, w naszym codziennym „niech będzie Twoja wola”wypowiadanym Bogu.
Wielkość świętej Teresy nie polegała jedynie na jej zdolnościach intelektualnych czy męczeństwie, lecz przede wszystkim na jej wierności w codziennych sprawach. Święta Teresa Benedykta od Krzyża, która wytrwale poszukiwała prawdy, a jej życie było ofiarą i drogą miłości, uczy nas, jak czynić rzeczy niezwykłe w zwyczajnym życiu. Uczy nas również cierpliwego czuwania i napełniania życia Ewangelią. Niech więc jej przykład pobudzi nas do duchowej czujności, abyśmy nie zaniedbali gromadzenia oliwy – tej codziennej miłości, wiernej modlitwy i wytrwałości w trudnościach. Czy jesteśmy gotowi, by rozpoznać przychodzącego Oblubieńca, gdy zapuka do drzwi naszego życia?
Święta Tereso Benedykto od Krzyża, módl się za nami, abyśmy – jak Ty – z odwagą i pokorą przyjęli prawdę, miłość i krzyż.
Ks. Damian Kurek
Jest coś niezwykle pięknego i poruszającego w Ewangelii.
Widzimy matkę synów Zebedeusza – Jakuba i Jana – która przychodzi do Jezusa i prosi o coś, co wydaje się jej najlepsze dla jej dzieci: „Spraw, aby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie – jeden po prawej, a drugi po lewej stronie”.
To obraz bardzo ludzki. Czyż nie każda matka chce, aby jej dzieci miały zapewnioną przyszłość, dobre miejsce i bezpieczeństwo?
Ale powiedzmy szczerze – jej prośba jest jeszcze bardzo „po ludzku” rozumiana. Dla niej królestwo Jezusa przypomina ziemskie królestwa – z tronami, władzą i zaszczytami.
A jednak Jezus spogląda na nią z miłością, ale też z prawdą, i mówi: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?”. To pytanie jest centrum Ewangelii. Jezus nie pyta uczniów o ich marzenia, ambicje czy plany. Pyta ich o gotowość pójścia Jego drogą. A kielich w Piśmie Świętym bardzo często oznacza udział w czyimś losie. Kielich Jezusa to nie kielich ziemskiej chwały, ale kielich posłuszeństwa wobec Ojca, cierpienia, ofiary i miłości aż do końca. To ten sam kielich, o którym Jezus będzie mówił w Ogrójcu: „Ojcze, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich”.
Droga Jezusa nie prowadzi bowiem przez złote trony, ale przez krzyż, cierpienie i służbę. Dlatego prawdziwa wielkość w królestwie Bożym nie mierzy się miejscem przy tronie, ale zdolnością do kochania, przebaczania i oddawania siebie innym.
Ta scena jest także lustrem dla nas. Bo i my nieraz chcemy od Boga „dobrych miejsc”.
Tymi miejscami są zdrowie, spokój, powodzenie czy wygodne życie. Często nie rozumiemy, że w Jego królestwie nie chodzi o to, by mieć, ale by dawać. Nie chodzi o to, by być obsługiwanym, ale by służyć. Jezus mówi dziś także do każdego z nas: „Czy możesz pić mój kielich?”. Czy jesteś gotowy zaufać Mi również wtedy, gdy droga staje się trudna? Czy potrafisz pozostać wierny, kiedy pojawia się cierpienie, niezrozumienie albo krzyż? Chrześcijaństwo nie jest drogą łatwego sukcesu, ale drogą miłości wiernej aż do końca.
Zobaczmy jednak, jak zmienia się życie świętego Jakuba.
Ten, który na początku jeszcze nie rozumiał nauki Jezusa, z czasem dojrzewa. Zostaje pierwszym z Apostołów, który oddaje życie za swojego Mistrza. Śmierć męczeńska staje się jego odpowiedzią na pytanie Jezusa: „Czy możesz pić mój kielich?”. Jakub najpierw chciał bliskości tronu, ale ostatecznie otrzymał coś większego – bliskość samego Chrystusa w Jego cierpieniu i chwale. To właśnie jest droga świętości. Nie polega ona na tym, by być ponad innymi, ale by być jak Jezus.
Według pięknej tradycji święty Jakub udał się także do Hiszpanii, aby głosić Ewangelię na krańcach świata.
Tam, w Santiago de Compostela, znajduje się jego grób. Prowadzą do niego słynne szlaki pielgrzymkowe – Camino de Santiago. Od wieków pielgrzymi z całego świata idą setki, a nawet tysiące kilometrów, niosąc w plecaku swoje intencje, pytania, cierpienia i nadzieje.
Patrząc na życie świętego Jakuba, warto uświadomić sobie, że nasze życie jest pielgrzymką.
Tak jak Jakub szedł i jak pielgrzymi idą dziś do Santiago, tak i my idziemy przez życie w stronę nieba. Ale powiedzmy sobie szczerze – na tej drodze nieraz myślimy jak matka synów Zebedeusza. Chcemy, żeby Pan Jezus zapewnił nam wygodne miejsce, zdrowie, spokój i sukces. Tymczasem On przypomina: „Na mojej drodze nie chodzi o zaszczyty, ale o służbę. Nie chodzi o wygodę, ale o miłość, która nieraz kosztuje”.
Święty Jakub uczy nas, abyśmy nie bali się trudów wiary, abyśmy wzięli swój „plecak codzienności” – krzyże, obowiązki i cierpienia – i szli wytrwale dalej. Abyśmy nie uciekali od kielicha, który Pan nam podaje. Ten kielich dla każdego może oznaczać coś innego – cierpliwe znoszenie choroby, przebaczenie komuś, kto zranił, uczciwe życie mimo pokus, wierność małżeńską, samotność przeżywaną z Bogiem czy codzienną walkę o dobro. Kielich Jezusa bardzo często ma smak codzienności.
Pielgrzymi, którzy idą do Santiago, mówią, że na trasie ważne są dwie rzeczy – lekki plecak i wytrwałość.
Może trzeba zrzucić z plecaka grzech, pychę i gniew, bo to one ciążą najbardziej. Może trzeba prosić Boga o serce sługi, a nie pana. Każdy z nas jest pielgrzymem w drodze. Jezus czeka na końcu tej trasy – nie z zaszczytami, ale z wieczną radością. Tego właśnie doświadcza wielu pielgrzymów, którzy z całego świata idą do Santiago de Compostela, gdzie znajduje się grób świętego Jakuba. Ta droga od wieków przemienia ludzkie serca.
Był pewien młody człowiek – Michał. Wychowywał się w wierzącej rodzinie. Jako chłopiec służył przy ołtarzu jako ministrant. Ale kiedy dorósł, wszystko się zmieniło. Poszedł na studia, potem wyjechał za granicę do pracy. Tam znalazł nowych znajomych, nowe „atrakcje”, a Bóg stał się mu obojętny. Mówił potem: „Byłem jak zagubiony pielgrzym, który idzie, ale nie wie dokąd. Na zewnątrz byłem uśmiechnięty, a w środku pusty”. Zaczął pić, wpadł w długi. Rodzice dzwonili, prosili, żeby wrócił do domu, ale on nie chciał. Czuł wstyd. Kiedyś, po kolejnej kłótni przez telefon, jego mama powiedziała tylko jedno zdanie: „Synku, ja się za ciebie nie przestanę modlić, choćbyś uciekł na koniec świata”. Pewnego dnia Michał spotkał znajomego Hiszpana. Ten, widząc jego smutek, zapytał: „Dlaczego nie pójdziesz na Camino? Ta droga zmienia ludzi”. Michał w pierwszej chwili zaśmiał się: „Droga? To tylko chodzenie! Co mi to da?”. Ale w sercu coś go poruszyło. Po tygodniu kupił najtańszy plecak i ruszył na Camino. Pierwsze dni były trudne. Stopy bolały, padał deszcz. W głowie huczały myśli: „Co ja tu robię? Po co mi to?”. Ale potem, gdy szedł przez samotne pola, w ciszy, zaczął płakać. Po raz pierwszy od lat. Płakał jak dziecko, bo poczuł ciężar wszystkich swoich błędów. W jednym z małych kościołów przy szlaku uklęknął i wyszeptał: „Panie Jezu…jeśli jeszcze mnie pamiętasz… jeśli jeszcze nie jest za późno… to pomóż mi wrócić”. Wtedy, jak sam mówił, poczuł coś, czego nie czuł od dawna. Pokój. Ciepło. Jakby ktoś wziął z jego pleców ciężki plecak, pełen grzechów i żalu. Michał wiedział, że spotkał Boga. Kiedy doszedł do Santiago i stanął przed relikwiami świętego Jakuba, nie potrafił wypowiedzieć ani słowa. Tylko łzy spływały mu po policzkach. Wiedział jedno – jego życie musi się zmienić. Po powrocie do Polski wrócił do sakramentów, wyspowiadał się, pojednał się z rodzicami, znalazł sens w pomaganiu innym. Dzisiaj mówi: „Camino mnie uratowało, bo tam zrozumiałem, że życie to droga do Boga. I że On czeka na mnie, nawet jeśli ja się zgubiłem”.
Drogi Bracie i Siostro, być może Twoje życie z jego radościami i krzyżami to Camino. Droga Świętego Jakuba. Twoje serce jest plecakiem, który niesiesz. Co w nim jest? Może grzech, którego nie umiesz zostawić? Może gniew, który cię przygniata? A może lęk przed jutrem? Na końcu pielgrzymki życia nie będzie miało znaczenia, ile mieliśmy pieniędzy, ile sukcesów zdobyliśmy. Liczyć się będzie tylko jedno – czy szedłeś drogą miłości? Czy byłeś sługą, a nie panem?
Prośmy świętego Jakuba, aby uczył nas wytrwałości w wierze, odwagi w niesieniu codziennego krzyża i serca gotowego służyć. Abyśmy nie bali się zostawić grzech, pojednać się z Bogiem i wracać na drogę Ewangelii. I oby kiedyś, po zakończeniu naszej ziemskiej pielgrzymki, Chrystus powiedział do każdego z nas: „Dobrze, sługo dobry i wierny… wejdź do radości swego Pana”.
Ks. Damian Kurek
W historii Kościoła niewiele jest postaci, których droga wiary byłaby tak poruszająca, jak droga świętej Marii Magdaleny.
Jest ona kobietą, która doświadczyła przebaczającej miłości Chrystusa, pozostała Mu wierna aż po krzyż i jako pierwsza usłyszała radosną nowinę o zmartwychwstaniu. Nie bez powodu tradycja Kościoła nazywa ją Apostołką Apostołów. Gdy chcemy spojrzeć na jej życie, można by je streścić w trzech słowach – miłosierdzie, miłość i misja.
Najpierw miłosierdzie.
Ewangelia nie zatrzymuje się długo nad przeszłością Marii Magdaleny. Ważniejsze od tego, kim była, jest to, kim stała się dzięki spotkaniu z Jezusem. Człowiek bardzo często patrzy na przeszłość i ocenia drugiego. Bóg patrzy zupełnie inaczej. Patrzy na serce człowieka. Bardzo trafnie opisuje to święty Bonawentura w swojej medytacji nad nawróceniem Marii Magdaleny. Rozważając scenę z domu Szymona, zgodnie z dawną tradycją utożsamiającą Marię Magdalenę z grzesznicą z Ewangelii świętego Łukasza, wyobraża sobie modlitwę, która mogła rodzić się w jej sercu.
Wkłada w jej usta słowa:„Panie mój, mocno wierzę, wiem i uznaję, żeś Bogiem i Panem moim jest... Grzechy moje przechodzą liczbę grudek piasku morskiego... Do miłosierdzia Twojego niegodna grzesznica się uciekam... Ciebie jedynie i nade wszystko miłuję… Nie odrzucaj mnie…”.
Choć Ewangelia tych słów nie przekazuje, doskonale oddają one postawę człowieka, który już niczego przed Bogiem nie ukrywa. Maria nie usprawiedliwia siebie. Nie tłumaczy swojej przeszłości. Przynosi Jezusowi swoje łzy, swoją bezradność i swoje serce. A Jezus nie odwraca się od niej. Nie wypomina jej przeszłości. Nie zawstydza jej wobec zgromadzonych. Przeciwnie, wypowiada słowa, które są sercem całej Ewangelii: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała” (Łk 7,47).
Ta dobra nowina jest również dla każdego z nas. Nikt z nas nie jest zamknięty w swojej przeszłości. Bóg nie patrzy przede wszystkim na to, kim byliśmy, ale na to, czy pozwalamy Mu przemieniać nasze serce.
Drugim słowem jest miłość.
Święty Bonawentura, przywołując nauczanie świętego Bernarda, cytuje zdanie, które można uznać za program życia chrześcijańskiego: „Miarą duszy każdej jest miara miłości Boga, jaką jest obdarzona”. Jakże trafnie opisuje ono Marię Magdalenę. Nie podkreśla wielkości jej czynów. Nie mówi o jej pochodzeniu ani o tym, co myśleli o niej ludzie. Podkreśla miłość. Jest to miłość, która prowadzi ją pod krzyż, kiedy wielu uczniów ucieka. Jest to miłość, która sprawia, że skoro świt idzie do grobu. Jest to miłość, która nie pozwala jej odejść, nawet wtedy, gdy wydaje się, że wszystko się skończyło. Jak mówił święty Bernard, którego przywołuje Bonawentura, „miłość zakrywa wielość grzechów”. Nie dlatego, że grzech przestaje istnieć, ale dlatego, że człowiek prawdziwie kochający pozwala Bogu całkowicie przemienić swoje życie.
Trzecim słowem jest misja.
Ewangelia prowadzi nas do pustego grobu. Widzimy, jak Maria płacze. A Jezus pyta ją: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”. Są to pytania, które Chrystus stawia także każdemu z nas. Czego szukasz? Za czym tęsknisz? Co jest największym pragnieniem twojego serca? Maria nie rozpoznaje Jezusa. Bierze Go za ogrodnika. Jak często i my nie rozpoznajemy Boga, który jest blisko nas. Szukamy Go daleko, podczas gdy On stoi obok nas. W Ewangelii przełom następuje w jednej chwili. Jezus wypowiada jedno słowo: „Mario!”. Wypowiada jej imię. I to wystarcza. Rozpoznaje Go nie oczami, ale sercem.
Każdego z nas, podobnie jak Marię Magdalenę, Chrystus woła po imieniu. Dla Niego nie jesteśmy tłumem ani masą, lecz kimś wyjątkowym i jedynym. To niezwykle pocieszająca prawda. W świecie anonimowości, pośpiechu i ocen Bóg zna każdego z nas osobiście. Zna nasze radości, nasze zranienia, nasze grzechy i nasze pragnienia. I każdego woła po imieniu. Ale na tym spotkanie się nie kończy. Jezus mówi: „Idź do moich braci i powiedz im…”. Maria Magdalena nie zatrzymuje Chrystusa tylko dla siebie. Otrzymuje misję. Biegnie do uczniów i oznajmia: „Widziałam Pana!”. Jest to pierwsze świadectwo paschalne w historii Kościoła.
Maria Magdalena przypomina nam, że chrześcijaństwo nie zaczyna się od doskonałości człowieka, ale od spotkania z miłosierdziem Boga.
Nie kończy się też na osobistym doświadczeniu wiary, lecz prowadzi do świadectwa.
Prośmy świętą Marię Magdalenę, aby uczyła nas odwagi stawania przed Chrystusem z całą prawdą o sobie, miłości, która jest większa od grzechu oraz gotowości do świadczenia o Tym, którego spotkaliśmy.
W liturgii Kościoła 11 lipca wpatrujemy się w postać opata, świętego Benedykta, czczonego jako patrona Europy.
Ewangelia, którą czytamy w jego święto, ukazuje to, w jaki sposób święty Benedykt rozumiał Ewangelię i nią żył. Znamy go jako tego, który położył podwaliny pod zachodnie życie monastyczne i pozostawił wzór życia zakonnego. Czerpiące z tego wzoru wspólnoty zakonne przemieniały oblicze Europy. W życiu tego świętego wydaje się, że nie było niczego nadzwyczajnego. Z opisów świętego Grzegorza Wielkiego wiemy, że w Benedykcie zrodziło się pragnienie całkowitego poświęcenia się Bogu. Zostawił więc wszystko, aby zamieszkać w grocie i żyć w umartwieniu oraz modlitwie. Jego gorliwość i pracowitość poruszały serca wielu młodych ludzi, którzy chcieli mieć w nim swojego duchowego przewodnika. Tak zrodziła się wspólnota żyjąca modlitwą i pracą.
Ewangelia, którą Kościół odczytuje w jego święto, z pewnością była bliska sercu świętego Benedykta. Jezus mówi: „Każdy, kto dla Mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i odziedziczy życie wieczne”. To właśnie te słowa stają się kluczem do zrozumienia życia świętego Benedykta. Opuścił wszystko nie dlatego, że gardził światem, ale dlatego, że odkrył większą wartość – samego Chrystusa. Można powiedzieć, że to właśnie dla tej obietnicy Jezusa – „stokroć więcej otrzymacie” – święty Benedykt był w stanie tak poświęcić swoje życie, aby oprzeć je na modlitwie i pracy. Nie szukał jednak jedynie tego, co Bóg może dać już na ziemi. Ostatecznym celem jego życia było to, co obiecał Chrystus – życie wieczne.
Ewangelia jego święta i życie świętego Benedykta stają się bardzo konkretną podpowiedzią, jak żyć pośród zmęczenia pośpiechem, przeciążenia obowiązkami, a także zagubienia w świecie nadmiaru bodźców i niepewności.
Nie jesteśmy wezwani do tego, aby wszystko nieść samemu. Jezus nigdy nie powiedział: „Najpierw stań się doskonały, a dopiero później idź za Mną”. To właśnie relacja z Bogiem jest źródłem przemiany człowieka. Dobrą Nowiną jest dziś prawda, że nie musimy od razu zmieniać całego swojego życia. Czasami najważniejszy jest jeden krok w stronę Boga. Może to być jedna chwila modlitwy więcej albo jedna decyzja o przebaczeniu. Może to być również jedno wiernie wykonane zadanie. Jednak ten pierwszy krok zawsze poprzedza łaska Boga. To On pierwszy wychodzi do człowieka, pociąga jego serce i daje siłę do wytrwania w dobru. Nasza wierność jest zawsze odpowiedzią na Jego wcześniejszą miłość. Pan Bóg buduje wielkie i wspaniałe rzeczy z małych i prostych aktów naszej wierności.
Święty Benedykt pokazuje, że czasami odejście od hałasu nie jest ucieczką od życia ani od ludzi, ale może stać się drogą do odnalezienia w życiu głębszego sensu. Odsunął się od nadmiaru spraw tego świata nie dlatego, że się go bał, lecz dlatego, że szukał pełniejszej obecności Boga. To właśnie sprawiło, że umocniony Bogiem stał się darem dla innych. Pozostawił Kościołowi także swoją Regułę, która rozpoczyna się prostym wezwaniem: „Słuchaj, synu, nauk Mistrza”. To wezwanie jest w gruncie rzeczy zachętą do wsłuchania się w Ewangelię i życia nią każdego dnia.
Dzisiaj czcimy go jako patrona Europy, ale wiemy z historii jego życia, że nie zamierzał zmieniać świata ani nawet Europy. Po prostu pragnął być wierny Panu Bogu. I właśnie ta wierność zrodziła dobro, które przemieniało innych.
Wielu ludzi żyje dziś w przekonaniu, że trzeba mieć coraz więcej, aby coś znaczyć. Jezus uczy nas, także przez przykład życia świętego Benedykta, że Boża logika jest zupełnie inna. Nasza wartość nie zależy od tego, co posiadamy, ale od Tego, do Kogo należymy. Ta prawda może sprawić, że będziemy szukać wzoru, który będzie nas prowadził do Boga. Może dlatego warto przypomnieć sobie o tej zwyczajności, która płynie z życia świętego Benedykta. Wierna modlitwa przeplatana uczciwą i dobrą pracą, chwile wyciszenia i odpoczynku oraz odpowiedzialność za codzienne obowiązki mogą przybliżać nas do Boga.
Święty Benedykt uczy nas wreszcie, że świętość nie rodzi się z nadzwyczajnych i wyjątkowych czynów, ale z codziennego rytmu życia, który – choć najbardziej zwyczajny – przemienia nas mocą Bożej łaski. Europa potrzebowała świętego Benedykta nie dlatego, że chciał ją zmieniać, ale dlatego że całym sercem należał do Chrystusa. Tak samo świat potrzebuje dzisiaj chrześcijan, którzy najpierw będą należeć do Boga. Bo świętość nie zaczyna się od wielkich czynów. Zaczyna się od dzisiejszego „tak” wypowiedzianego Bogu.
Ks. Damian Kurek
Święty Tomasz Apostoł – zwykle jednym tchem dodajemy tutaj „niewierny”.
Kiedy jednak przyjrzymy się nieco dokładniej jego osobie, nie wydaje się to już takie jednoznaczne i oczywiste.
Najpierw warto chyba przypomnieć słowa tego Apostoła, gdy dowiedział się, że Jezus postanowił iść do Judei, by zobaczyć swego zmarłego przyjaciela Łazarza (a pamiętajmy, że to właśnie wskrzeszenie Łazarza było później bezpośrednim przyczynkiem do pojmania Jezusa, co zakończyło się Jego Męką i śmiercią na Krzyżu).
Choć uczniowie próbowali namówić Jezusa do odstąpienia od tego zamiaru („Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz?” – J 11,8), to jednak „[...] Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: «Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć»” (J 11,16).
Wydaje się, że doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa grożącego Jezusowi i im – Jego uczniom, a jednak zadeklarował swoją wierność Jezusowi do końca.
Już w tym kontekście mówienie o „niewiernym Tomaszu” wydaje się dosyć dużym uproszczeniem. Najczęściej przypominaną i najbardziej zapadającą w pamięć sceną jest jednak ta, która rozgrywa się tydzień po Zmartwychwstaniu Jezusa. Wiemy, że gdy wcześniej Zbawiciel po raz pierwszy ukazał się Apostołom w Wieczerniku, Tomasz „nie był razem z nimi”.
Przy tej okazji trudno nie zauważyć ważnej roli wspólnoty Kościoła – czasem trudno zachować czy ożywiać swoją wiarę, gdy jesteśmy sami, gdy nie czujemy wsparcia innych wierzących, wspólnoty; jakże łatwo wtedy się pogubić...
Niech będzie to dla nas ostrzeżeniem i wskazówką.
Nie wiemy, dlaczego Tomasz nie był obecny na tym pierwszym spotkaniu z Jezusem tuż po Zmartwychwstaniu.
Czy świadczy to o jego lęku (uciekł z Wieczernika, odizolował się od pozostałych Apostołów, ukrył się sam…), czy wręcz przeciwnie – może jako jedyny miał odwagę wyjść z Wieczernika?
Jedno jest pewne – skoro Tomasz nie zobaczył Jezusa w dniu Zmartwychwstania, był pozbawiony ważnego, osobistego i bezpośredniego spotkania z Nim – a to jest zawsze o wiele silniejsze niż jakiekolwiek słowa nawet najbliższych towarzyszy.
Ewangelista napisał: „A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz [domu] i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: «Pokój wam!»” (J 20,26).
Warto to wyraźnie zauważyć – Apostołowie – choć już spotkali Zmartwychwstałego – wciąż byli zamknięci (wiemy, że pełnia darów Ducha Świętego została im udzielona w dniu Pięćdziesiątnicy). Być może dlatego ich świadectwo o Zmartwychwstaniu nie przemawiało jeszcze wystarczająco dobitnie i nie przekonało Tomasza?
To oczywiste – każdy z nas sam odpowiada i zdaje sprawę przed Bogiem ze swojej wiary i życia, ale warto przy tej okazji zadać sobie pytanie – na ile moja wiara – postępowanie, słowa i życie – jest dla kogoś umocnieniem? Na ile jest w stanie kogoś przekonać, doprowadzić do Jezusa? Na ile jesteśmy „żywą pamiątką”, świadkami i Apostołami Zmartwychwstałego Jezusa w świecie, w Kościele, w rodzinie, wśród sąsiadów i współpracowników?
Warto wspomnieć o jeszcze jednej możliwej (i bardzo ciekawej) interpretacji zachowania Tomasza.
Mówi ona, że od początku wierzył on w zmartwychwstanie Jezusa, dlatego nie przebywał z pozostałymi Apostołami w Wieczerniku.Jednocześnie jednak wątpił nie tyle w zmartwychwstanie Jezusa, ile w Jego miłosierdzie. Zdawał sobie bowiem doskonale sprawę, że zawiódł swego Mistrza, uciekając spod Krzyża, a także zawiódł samego siebie (wszak przed kilkoma tygodniami deklarował, że chce razem z Jezusem iść na śmierć).
To rozdarcie (zob. „Didymos” – bliźniak, rozdwojony) sprawiało, że z jednej strony obawiał się spotkania z Jezusem, zwłaszcza Jego oceny, z drugiej zaś bardzo tego spotkania pragnął, bo wciąż Go kochał.
Dlatego gdy wreszcie osobiście spotkał Jezusa, nie musiał wkładać ręki w Jego rany, ale pragnął przede wszystkim usłyszeć przebaczenie ze strony Zbawiciela swojego tchórzostwa i niekonsekwencji, wyznając wiarę, że On jest jego Panem i Bogiem.
„Następnie rzekł do Tomasza: «Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!» Tomasz Mu odpowiedział: «Pan mój i Bóg mój!» Powiedział mu Jezus: «Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli»” (J 20,27-29).
Można powiedzieć, że gdy Tomasz Apostoł zawierzył swoje życie miłosierdziu Jezusa i przyszedł do Niego ze swoją słabością, wówczas został wewnętrznie oczyszczony.
Święty Tomasz Apostoł jest zatem dla nas ważną okazją do refleksji – nie tyle nad jego postępowaniem, ile nad naszym własnym życiem i naszą wiarą.
Na ile jest ona konsekwentna, nawet w trudnych momentach naszego życia?
Na ile jest przeżywana nie tylko indywidualnie, ale także we wspólnocie?
Na ile jest świadectwem dla innych?
A wreszcie – czy wierzymy nie tylko w zmartwychwstanie Jezusa, ale także w Jego miłosierdzie względem nas – grzeszników, niegodnych tej miłości, a jednak przez Niego umiłowanych aż do końca?
To chyba nie przypadek, że w uroczystość Miłosierdzia Bożego czytamy dokładnie ten sam fragment Ewangelii świętego Jana…
Ks. Damian Kurek
Nie jest łatwo, ale warto „odtworzyć duchowy portret” Maryi, Matki Jezusa.
Autorzy biblijni zanotowali siedem wypowiedzi Maryi – trzy skierowane do anioła Gabriela, jedną podczas spotkania z Elżbietą w hymnie „Magnificat”, dwie do Jezusa i jedną do służących na weselu w Kanie. W Biblii znajdujemy także osiem wypowiedzi skierowanych do Maryi – trzy razy przez anioła Gabriela, po jednym razie przez Symeona i Elżbietę oraz trzy razy przez Jezusa.
Na podstawie tych słów możemy naszkicować pewien „duchowy portret” lub „dekalog” Maryi. Wyrażenie „duchowy portret Maryi” odnosi się do głębszego, symbolicznego i teologicznego znaczenia Matki Bożej, które wykracza poza zwykłe przedstawienie fizyczne. Nie chodzi tu o jeden konkretny, namalowany obraz, ale o sumę cech, wartości i ról, które Maryja pełni w historii zbawienia i w życiu chrześcijan.
Oto lista tego, co Maryja posiadała:
- „Ave” w uszach;
- „Fiat” na ustach;
- „Magnificat” w duszy;
- „Syna” w ramionach;
- „Pośpiech” w nogach;
- „Rozwiązanie” w rękach;
- „Ból” w sercu;
- „Wytrwałość” w cierpieniu;
- „Zapał” we wspólnocie;
- „Koronę” na głowie.
Na podstawie kontemplacji ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy chciałbym przybliżyć pięć wartości, które posiadała Maryja i które są dla nas pomocą oraz wzorem do naśladowania(„Ave”, „Fiat”, „Magnificat”, „Syn” i „Korona”).
Maryja miała „Ave” w uszach – „Anioł wszedł do Niej i rzekł: «Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą»” (Łk 1,28). Wszystkie szczegóły (napisy, kolory i znaki) w ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy są ważne. Na wysokości głowy Maryi znajdują się dwaj archaniołowie – ten z prawej strony to Gabriel. Jest on wysłannikiem obwieszczającym Maryi Boży plan. Maryja usłyszała anielskie pozdrowienie. Na ikonie Matki Bożej Nieustającej Pomocy dwa detale zostały przedstawione w sposób szczególnie subtelny – usta i uszy są małe; widoczne jest jedynie prawe ucho Maryi.
Dlaczego Maryja „usłyszała”? Ponieważ słuchała. Była kobietą milczenia. To w ciszy słyszy się najlepiej.
Mniej mówienia, a więcej słuchania i zwracania uwagi na Boże słowo oraz natchnienia. Ona uważnie rozważała Boże zaproszenie.
Maryja miała „Fiat” na ustach – „Na to rzekła Maryja: «Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!» Wtedy odszedł od Niej anioł” (Łk 1,38).
W ikonie Nieustającej Pomocy usta Maryi są małe. To znak milczenia i powściągliwości w słowach. To właśnie z tych ust wyszła odpowiedź o fundamentalnym znaczeniu dla historii zbawienia. Święci na ikonach przeważnie mają małe usta – jest to znak kontemplacji i szacunku wobec tajemnicy. Dopiero po uważnym wysłuchaniu, po doświadczeniu głębokiego poruszenia, po usłyszeniu o mocy Ducha Świętego, o świadectwie Elżbiety i o tym, że dla Boga nie ma nic niemożliwego, Maryja odpowiada: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według słowa twego” (Łk 1,38).
Maryja miała „Magnificat” w duszy – „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (Łk 1,46-47).
Po nawiedzeniu Elżbiety Maryja uzewnętrznia swoją radość i wyśpiewuje hymn uwielbienia. Usta mówią tym, czym przepełnione jest serce. Ikona Matki Bożej Nieustającej Pomocy mówi o głębokiej tajemnicy Bożego macierzyństwa i zbawczej misji Chrystusa. Możemy z niej czerpać przykład pokory, wyciszenia, nadziei i zaufania Bogu oraz wielbić Wszechmogącego za wielkie rzeczy, jakie uczynił w swojej pokornej Służebnicy, w Izraelu i we wszystkich pokoleniach. Uwielbienie i radość są przymiotami ludzi, którzy oddali się w ręce Najwyższego. Od tamtego momentu wszystkie pokolenia nazywają Maryję błogosławioną.
Maryja miała „Syna” w ramionach – „Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie” (Łk 2,7).
Głównym przesłaniem ikony Nieustającej Pomocy jest znak prawej ręki Matki, która wskazuje na Syna, Odkupiciela świata, przypominając nam słowa z Kany Galilejskiej: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam powie” (J 2,5). Matka Zbawiciela, która owinęła Go w pieluszki, nie zatrzymuje Go dla siebie, ale daje Go światu. „Maryja ma Syna w ramionach” oznacza realność Wcielenia, Boże macierzyństwo Maryi oraz wskazuje na Jezusa jako źródło zbawienia, do którego nas prowadzi i nad którym roztacza swoją macierzyńską opiekę. Po raz drugi Maryja przyjęła w swoje ramiona ciało Jezusa zdjętego z krzyża. Jezus jest naszą Nieustającą Pomocą, a Maryja jest Matką Nieustającej Pomocy.
Maryja miała „Koronę” na głowie – „Potem wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12,1).
Za dar słuchania słowa Bożego, za odpowiedź „Fiat”, za hymn uwielbienia oraz za Syna, którego zrodziła i którego nieustannie ukazuje światu, Maryja otrzymała wieniec chwały. Aureola w ikonie Nieustającej Pomocy nad głowami Jezusa, Maryi i dwóch archaniołów jest znakiem świętości oraz uczestnictwa w chwale nieba. Wiara Kościoła głosi, że Najświętsza Maryja Panna po Wniebowzięciu została przez Boga wywyższona ponad wszystkie stworzenia i króluje u boku swojego Syna jako Królowa Nieba i Ziemi. Korona symbolizuje świętość i zwycięstwo – wskazuje na triumf łaski Bożej w życiu Maryi oraz na Jej pełne zjednoczenie z wolą Bożą. Jest również znakiem nagrody za Jej wyjątkową świętość i całkowite posłuszeństwo Bogu. W przypadku ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy – jako ikony typowo bizantyjskiej – korony (często umieszczane nad głowami Maryi i Jezusa) są zazwyczaj wotywnymi darami dodawanymi przez wiernych w późniejszym czasie. Koronacja tej ikony odbyła się w Rzymie 23 czerwca 1867 roku i stanowiła oficjalne uznanie kultu oraz wyraz wiary Kościoła w królewską godność i skuteczne wstawiennictwo Maryi.
Oto niektóre z przymiotów i cech Maryi, wypływające z „wersetów maryjnych” Pisma Świętego oraz z kontemplacji ikony Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
„Ave” w uszach – „Anioł wszedł do Niej i rzekł: «Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą»” (por. Łk 1,28).
„Fiat” w ustach – „Na to rzekła Maryja: «Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!» Wtedy odszedł od Niej anioł” (por. Łk 1,38).
„Magnificat” w duszy – „Wtedy Maryja rzekła: «Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy” (por. Łk 1,46).
„Syna” w ramionach – „Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie” (por. Łk 2,7).
„Pośpiech” w nogach – „W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy” (por. Łk 1,39).
„Rozwiązanie” w rękach – „Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie»” (por. J 2,5).
„Ból” w sercu – „Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (por. Łk 2,35).
„Wytrwałość” w cierpieniu – „A obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena” (por. J 19,25).
„Zapał” we wspólnocie – „Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa i braćmi Jego” (por. Dz 1,14).
„Koronę” na głowie – „Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (por. Ap 12,1).
Ks. Damian Kurek